wtorek, 28 lipca 2015

Rozdział 2. 'Four Seasons' zaprasza :

Następnego dnia o godzinie siódmej trzydzieści wieczorem Dylan zaparkował w San Pedro przed domem swojej dziewczyny, Alexz Lyngate. Zaciągnął ręczny hamulec, i włączył płytę w odtwarzaczu wbudowanym do czarnego, nowoczesnego Ferrari Spider, należącego do Melissy. Jego opiekunka pozwoliła mu pojechać na bal maturalny swoim samochodem, kiedy to ona użyczyła jego własnego srebrnego Fiata Linea.
Podczas gdy Dylan wystukiwał rytm granej aktualnie piosenki, otworzyły się drzwi frontowe wiktoriańskiego domku, w którym mieszkała jego dziewczyna. Chłopak skierował wzrok w kierunku wejścia do budynku, i o mały włos nie zawył z wrażenia na jej widok. Patrzył na nią przez przednią szybę, jak ostrożnie stawia kroki w wysokich, czarnych zamszowych szpilkach. Czas się dla niego zatrzymał na tak długo, że aż zapomniał otworzyć jej drzwi od strony pasażera.
- Witaj, kocie – cmoknęła Dylana w prawy policzek. – Mela kupiła ci tą furę na osiemnastkę?
Tak Alexz nazywała prawną opiekunkę Dylana po tym, jak po raz pierwszy Dylan zaprosił ją do siebie. Miało to miejsce na miesiąc przed tym, jak oficjalnie zostali parą. Kiedy Alexz zobaczyła, że chłopak przypatruje się jej kreacji, zauważyła, że koronkowa mała czarna podwinęła jej się prawie pod same biodra. Machinalnie poprawiła sukienkę.
- Ślicznie wyglądasz. Powinnaś częściej się tak ubierać – Dylan posłał jej oczko. – Mogłaś powiedzieć, że będziesz miała zielone dodatki. Wtedy wybrałbym krawat pod kolor.
- To nie byłoby konieczne. Ten podkreśla kolor twoich oczu.
- Naprawdę tak uważasz?
Alexz zarumieniła się i odwróciła wzrok od twarzy Dylana. Na co dzień twardo stąpała po ziemi i byłą bezpośrednia, jednakże przy Dylanie zamykała się w sobie. Nienawidziła swojego postępowania.
- Powinniśmy już ruszać. Nie chcę się spóźnić, na bal, który każdy przeżywa tylko raz w życiu.

Dylan wpatrywał się przez moment na jej profil, potem spojrzał na wymanikiurowane dłonie, które ujął w swoich, po czym włączył zapłon i odjechał.

~ ? ~

Luke Anderson, najlepszy przyjaciel Dylana od niepamiętnych czasów, już czekał pod budynkiem hotelu ‘Four Seasons’ u boku jego partnerki, drobnej i zamożnej Rity Schoenfield. Ojciec dziewczyny zasiadał w Senacie, toteż średnio raz na dwa tygodnie wymieniała wszystkie ubrania w garderobie. Na co dzień ubierała się jednocześnie stylowo i bardzo szykownie, jednakże dzisiaj przeszła samą siebie. Założyła śnieżnobiałą, szytą na zamówienie suknię bez ramiączek, z wyciętymi plecami, rozkloszowaną od bioder do samej ziemi. W pasie przepasana była przyszytym bladoniebieskim pasem, przechodzącym w zwiewną tkaninę po jej lewym boku. Do tego wybrała dopasowaną odcieniem bladoniebieską kopertówkę oraz szpilki od Chanel.
Podczas, gdy Rita przeglądała się w lusterku i poprawiała makijaż, Luke krzyknął:
- Dylan, tu jesteśmy!
Chłopcy przywitali się tradycyjnie, przybijając wymyślonego przez nich samym tak zwanego ‘plemnika’. Polegał on na ściśnięciu dłoni w formie żółwika oraz falowania ręką, w celu zderzenia się z pięścią kolegi. Rita z Alexz za to przytuliły się na przywitanie. Niebawem zjeżdżali się kolejni goście. Jedną z nich była wysoka, smukła Vanessa Vanderwaal, najlepsza przyjaciółka Rity. Jej króciutka, również szyta na zamówienie srebrna kreacja błyszczała niczym kula dyskotekowa, podkreślając szare tęczówki. Włosy, które zazwyczaj nosiła rozpuszczone, tym razem spięła w luźnego koka, przy pomocy wypełniacza. Wszyscy podejrzewali, że na bal przyjdzie ze swoim chłopakiem, z którym była już od ponad półtora roku, tymczasem wokół niej ciągle kręcił się Jake Hawthorne, największy imprezowicz w historii ‘Wild Wood High School’. Był on znany z tego, iż nie opuścił ani jednej domówki od początku szkoły średniej.
- Van, poznamy wreszcie tego Romeo, o którym tyle nam opowiadałaś? – dociekała Carolyn Brown, która dzięki swojej niesamowicie wielkiej ciekawości otrzymała miano ‘Plotkary’. Ze zniecierpliwieniem zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu nieznajomego ciemnowłosego przystojniaka, którego tak zwykła opisywać Vanessa jako swojego oblubieńca.
Vanessa zaczęła udawać, że zainteresowały ją kamyczki leżące na drodze biegnącej do hotelu ‘Four Seasons’.
- Powiedzmy, że nastąpiły pewne komplikacje… - zaczęła niemrawo.
- To coś poważnego? Chcesz może porady?
- Czy ten koleś coś ci zrobił? Potrzebuje zaznać spotkania w pięścią? – zażartował Nick Jordan, partner Carolyn na bal, choć w rzeczywistości powiedział to szczerze, gdyż skrycie Vanessa mu się podobała.
- Dajcie Van trochę spokoju – dołączyła do rozmowy Rita, zatrzymując się przed przyjaciółką i zasłaniając ją w geście obrony. – Powie Wam, jak będzie gotowa.
Vanessa kopnęła małe kamyczki czarną szpilką od Alexandra McQueen. W tym samym momencie portier otworzył oszklone drzwi do hotelu ‘Four Seasons’, a następnie machnął do przybyłych już gości gestem wskazując, aby weszli do środka.
- Czas zacząć ostatnią licealną imprezę – obwieścił Jesse Collins, rozgrywający w szkolnej lidze koszykówki, który dosłownie przed sekundą  zmaterializował się przy grupce maturzystów. Na bal przyszedł z najlepszą przyjaciółką swojej siostry, o dwa lata młodszą od nich Kirke Eyre. Na tą okazję założyła pistacjową, koktajlową sukienkę i brązowe botki Reserved. Rówieśnicy często wyśmiewali jej styl, lecz ona machała na to ręką. Nie obchodziło ją zdanie innych.

Jesse poklepał po plecach Dylana, Luke’a oraz Jake’a, swoich najlepszych kumpli i wszyscy zebrani wokół ruszyli w kierunku budynku.

~ ? ~

- Cholera jasna, znowu się spóźnimy – jęczał Matthew, silny skrzydłowy w drużynie koszykówki, stojąc w korku na drodze prowadzącej do skrzyżowania ‘Burton Way’ i ‘South Doheny Dr’, na której mieścił się hotel, do którego zmierzał srebrnym Jaguarem XJ.
- Mówiłam ci, żeby jechać zgodnie z tym, jak pokazuje nawigacja – rzuciła jego dziewczyna, Crystal Emerald. Na bal maturalny odziała się wyjątkowo ekstrawagancko, mianowicie miała na sobie wiktoriańską sukienkę od Hell Bunny a do tego dwudziestodziurkowe glany, i (jak zawsze) szmaragdowe kolczyki oraz naszyjnik. pamiątki od mamy.
Matthew gwałtownie uderzył pięścią w kierownicę.
- No jedź, kretynie!
- Spokojnie Matti, nie denerwuj się już – starała się go uspokoić dziewczyna. Położyła dłoń na jego dłoni. Chłopak poczuł delikatną koronkę, z której uszyto Crystal rękawiczki. Patrzyli sobie przez krótką chwilę prosto w oczy. Oboje mieli tęczówki w kolorze czekoladowego brązu.
W transu wyrwał ich klakson. Matthew skręcił w lewo i zaparkował w wolnym miejscu na parkingu.
Kiedy weszli do środka, ujrzeli ogromny hol w kolorach écru, złota i jasnego beżu. Na ścianach widniała sztukateria, w kątach stały donice z egzotycznymi roślinami, a podłoga wyłożona była ekskluzywnym kamieniem. Po okazaniu dowodów tożsamości oraz skorzystania z szatni Crystal i Matthew zajęli miejsca przy sześcioosobowych stolikach, tuż obok Jesse’go z Kirke. Chwilę po nich dołączyli Connor McKinley, kolega z drużyny licealnej koszykówki. Na dwa tygodnie przed balem jego partnerka go wystawiła, tak więc zaprosił najlepszą przyjaciółkę swojej młodszej siostry. Sara, bo tak miała na imię, założyła zwiewną czarną sukienkę przed kolana w czerwone kwiaty, kupioną w Orsay’u, a także czarne szpilki z H&M.
Miejsca przy stoliku obok zajęło rodzeństwo ze swoimi partnerami.. Yelena i Chester Lebiediew to bliźnięta dwujajowe o rosyjskich korzeniach, które za wyjątkiem płci i wzrostu wyglądało niczym klony. Oby dwoje od urodzenia mieli okrągłe, topazowe oczy, porcelanową cerę, a także proste platynowe włosy. Yelena splotła długie do bioder kosmyki w luźny warkocz na wysokości uszu, a pozostałe kępki rozpuściła i lekko pofalowała. Założyła jedwabną, zwiewną suknię do kolan podkreślającą błękit oczu oraz (wyjątkowo) sandałki na koturnie od Marca Jacobsa. Mimo wszystko, nie odważyła się na imprezowy makijaż, stawiając na minimalizm. Chester natomiast poprawiał bordowy krawat w czarne prążki, prezent od ojca na osiemnastkę.
Kiedy nauczyciele uczący w klasie maturalnej zawołali uczniów, aby ustawili się na parkiecie i zeszli po schodach w parach podczas inauguracji balu, Yelena poderwała się na równe nogi i dotknęła swojego przyjaciela, z którym przyszła na bal za nadgarstek.
- No chodź, Adi. Zaczyna się część oficjalna.
Adrian Ash Johnson wpatrywał się beznamiętnie w tańczące płomienie waniliowych świec, jak gdyby wpadł w hipnotyczny trans. Tym razem wszystkie kontury widział bardzo wyraźnie, gdyż zamiast okularów założył szkła kontaktowe. Korzystał z nich tylko od czasu do czasu na wyjątkowe okazje. W rzeczywistości wcale nie chciał tu przychodzić. Wolał siedzieć na starej, zniszczonej kanapie w swoim pokoju i czytać kolejną książkę psychologiczną, lub rozwiązywać jakieś łamigłówki matematyczne. Był to typ ścisłowca, którego pierwszą, odwzajemnioną miłością była matematyka i nauki przyrodnicze, wszak gdyby tylko ktoś pamiętał go sprzed paru lat, nikt nigdy by o nim nie pomyślał jak o przyszłym studencie medycyny na jednym z uniwersytetów Ligi Bluszczowej.
Tylko że kogo interesowałoby zdanie takiego samotnika jak on? Właściwie nie miał on żadnych przyjaciół. Jedynie Yelena Lebiediewa pragnęła spędzać z nim czas wolny, i to właśnie dla niej zdecydował się tutaj przyjść. Adrian do końca życia nie zapomni ich pierwszego spotkania w (a jakżeby inaczej!) bibliotece miejskiej. Chłopak był stałym klientem tegoż budynku użyteczności publicznej, że aż bibliotekarki codziennie rezerwowały mu miejsce w czytelni. Podczas, gdy pewnego popołudnia dwa lata temu rozwiązywał zadania z podręcznika do rozszerzonej matematyki dla klas maturalnych (a miał wtedy zaledwie czternaście lat) zauważył dziewczynę, która za wszelką cenę próbowała zrozumieć materiał z chemii. Kojarzył ją z widzenia, chodziła do tej samej klasy co on, lecz nigdy nie nawiązali z sobą bliższego kontaktu.
Adrian postanowił pomóc koleżance, w końcu nauczył się tego wcześniej, a lubił pomagać innym, tak więc dosiadł się do jej stolika, a kiedy spojrzała w jego oczy, rzekł:
- Jakiego działu się uczysz?
Yelena pokazała mu podręcznik na stronie, w której wytłumaczona była między innymi zasada nieoznaczoności Heisenberga, a także równanie Schrödingera i parę rysunków orbitali atomowych.
- Za Chiny ludowe nie potrafię zrozumieć, czym są te podpowłoki elektronowe. Skąd ja mam wiedzieć, czy potas ma na ostatniej powłoce tylko podpowłokę s, czy ma może jeszcze te inne, których nie pamiętam – przyłożyła palce do skroni i pokiwała głową ze smutkiem. – I czym się one różnią od orbitali?
- Chcesz, żebym ci to wytłumaczył ‘na chłopski rozum’, czy może bardziej naukowo?
- Błagam, zrób cokolwiek, bylebym to zrozumiała. Nigdy nie byłam dobra w przedmiotach ścisłych, a zależy mi tylko na tym, by je zdać.
Adrian wyciągnął z plecaka notes i długopis, a w podręczniku do chemii poszukał tablicy Mendelejewa. Rozpisał w kolumnie litery od K do Q, oraz cztery małe s, p, d, f.
- Generalnie musisz umieć odczytywać układ okresowy, i poradzisz sobie z tym zagadnieniem. Zdecydowana większość nauczycieli nie tłumaczy tego w ten sposób, choć według mnie jest on najprostszy i najlogiczniejszy… Numery okresów od 1 do 7 to tak naprawdę powłoki elektronowe w tejże kolejności – wskazał na wypisane duże litery. – Główna liczba kwantowa jest równa numerowi okresu. Ale to nie wszystko, bo istnieją jeszcze podpowłoki. Każdej z podpowłok s, p, d i f przypisane są kolejno cyfry 0, 1, 2 oraz 3. Są to też jednocześnie numery pobocznej liczby kwantowej dla danego elektronu występującego u konkretnego pierwiatka w konkretnej podpowłoce. I w tym momencie zwracasz uwagę na blok, do którego należy dany pierwiastek. Kojarzysz bloki, prawda? – Yelena kiwnęła głową. – W takim razie weźmy taki wapń, jest w bloku s, tak więc jedyna podpowłoka, jaką wapń ma na powłoce walencyjnej, czyli tej ostatniej od jądra, to podpowłoka s. A jakbyś popatrzyła na brom, który jest w bloku p, to na podpowłoce walencyjnej, będzie miał podpowłokę s oraz p. Już ci mówię, czemu również s, a nie także podpowłoka d. Musisz liczyć ilość elektronów w pierwiastku. Masz je zapisane tu – wskazał na liczbę atomową. – i lecisz po kolei od wodoru, przez hel, aż do tego bromu. Zanim do niego dojdziesz, musisz minąć pierwiastki z tego samego okresu, ale bloku s, czyli potas i wapń, a one na ostatniej powłoce mają tylko podpowłokę s, więc musisz ją również wliczyć. Ale nie możesz brać wtedy pod uwagę podpowłoki d, gdyż nie występuje ona w powłoce walencyjnej atomu bromu. Dlatego ją pomijam dla pierwiastków bloku p od czwartego okresu, nieprawdaż?
- Tak, zgadza się – kiwnęła dziewczyna, ale zanim zdążyła zadać kolejne pytanie, ten już mówił.
- A czym są orbitale? To nic innego jak te słynne ‘kratki’, które rysujemy na lekcjach chemii. Każda podpowłoka ma określoną liczbę ‘kratek’, a pojedyncza ‘kratka’ to jeden orbital. On też jest równy magnetycznej liczbie kwantowej. A w każdej z tych ‘kratek’ mogą być dwie strzałki. One to nic innego jak symbole elektronów krążących po tej orbicie, ale muszą być one skierowane w danej kratce w różne strony, ponieważ nie mogą istnieć dwa elektrony o tych samych liczbach kwantowych, muszą mieć co najmniej różną magnetyczną liczbę spinową. Wynika to z zakazu Pauliego.
Yelena zaniemówiła. Przecież ten chłopiec wyglądał na takiego, który ledwie skończył podstawówkę, a tłumaczył starszej od siebie dziewczynie coś, czego nigdy nikt by jej nie wytłumaczył w ten sposób. Nie potrafiła też sobie przypomnieć sytuacji, w której Adrian mógłby tak dużo mówić. Zazwyczaj siedział cicho na lekcjach i się nie odzywał. Zadziwiające, ile ludzie potrafili ukryć pod maską.
- Widzę, że musisz też ogarnąć materiał dotyczący hybrydyzacji, orbitali sigma i pi. Musisz zacząć od…
- Dobrze, Adrian. Posłuchaj, muszę już wracać do domu, przykro mi. Ale możemy się umówić jutro po szkole w tym samym miejscu, to mi pomożesz w tym… czymś – pomachała książką w powietrzu przed nosem. Zaczęła pakować swoje rzeczy i przewiesiła wojskowy  plecak khaki przez ramię. – Bardzo dziękuję za pomoc. Nie rozumiem, dlaczego nikt nie chce się z tobą przyjaźnić. Jesteś naprawdę sympatyczny.
- Adrian, no ruszże się! – szturchnęła go Yelena, wyrywając z zamyślenia.
Czym prędzej wstał od stolika, o mało co nie rozlewając napojów.

~ ? ~

Po uroczystej inauguracji, maturzyści zaczęli tańczyć do muzyki granej przez wynajęty na wieczór zespół ze stanowego uniwersytetu. Zespół słynął z coverów zespołów tworzących szeroko pojęta muzykę rockową i metalową lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Podczas gdy grali refren ‘I don’t want to miss a thing’ od Aerosmith, Dylan odsunął się od Alexz, przeszedł przez parkiet, zatrzymując się aż na drugim krańcu piętra, gdzie przy szatni czekał na niego Luke z torbą wypełnioną plikami kopert z kredowego papieru.
-  Masz wszystkie dwadzieścia zaproszeń? – Luke kiwnął głową. – Świetnie. Podaj mi je. Czas zacząć maskaradę.
Dylan ruszył w kierunku sali, gdzie tańczyli jego koledzy z klasy z osobami towarzyszącymi. Zespół grał obecnie trochę skoczniejsze utwory. Podszedł do Rity i Vanessy, które ocierały swoje biodra w rytmie muzyki. Podał im do rąk dwie koperty, które automatycznie otworzyły. Ich oczy błyszczały z wrażenia.
- Postscriptum: włóżcie coś obcisłego – Dylan posłał im oczko i swój najpiękniejszy uśmiech. Przyjaciółki zachichotały.
Carolyn Brown, następczyni serialowej ‘Plotkary’, zmaterializowała się przy nich i spojrzała na eleganckie zaproszenia.
- Wow! Ale zajebiście! To będzie na bank najczadowsza, najbardziej niezapomniana biba… - orzechowe oczy dziewczyny zaświeciły się niczym kryształy. – Dylan, jesteś najcudowniejszym facetem w historii! - Carolyn powiesiła mu się na szyi, trzymając w prawej ręce kopertę z zaproszeniem.
Przez następne kilkanaście minut wokalista zespołu zaśpiewał covery paru utworów Black Sabbath. W międzyczasie część maturzystów musiała usiąść przy stolikach i odpocząć. Bawili się już od dobrych dwóch godzin, a Dylan rozdał koperty między innymi członkom licealnej ligi koszykówki, Matti’emu i jego dziewczynie Crystal Emerald, a także dwóm uroczym brunetkom z klasy maturalnej, Seychelle Fox i Jill Turner. Ich partnerzy na bal z zaprzyjaźnionego liceum, Richard Stewart oraz Charlie Gold ukradkiem zaglądali na zaproszenia, których nie dostali.
- Tutaj jest napisane, że osoby towarzyszące są mile widziane – odparła Jill, podekscytowana na myśl, że być może za tydzień pojedzie na dwutygodniowe wakacje na tajemniczą wyspę (bo nie było podane na jaką) z Charliem. – Może pojechalibyście z nami?
Chłopcy spojrzeli na siebie i uśmiechnęli nieśmiało.
- Czemu by nie?
W tej samej chwili do stolika dołączył Drake Reed, który nie rozstawał się ze swoim motorem od kiedy tylko uzyskał prawo jazdy. Uścisnął Dylana w męskim uścisku w ramach podziękowania. Niemal od razu zaprosił na imprezę towarzyszkę Eveline Rockwell, tradycyjnie ubraną w czarną aksamitną suknię bez ramiączek. Na barki założyła etolę, a pukle loków miała luźno upięte wsuwkami.
Następnie zaproszenie dostali siedzący przy jednym stoliku Emily Scott, wierna miłośniczka wszelkich odcieni fioletu i lilii, w których także założyła dziś obcisłą kreację od Diane von Furstenberg. Pooprosiła swojego starszego o dwa lata brata Travisa, aby towarzyszył jej w tym wyjątkowym dniu. W dodatku chciała spędzić z nim trochę czasu przed jego jutrzejszym wyjazdem za granicę. Wiedziała, że przez najbliższe parę tygodni nie będzie mógł z nikim rozmawiać przez telefon, gdyż wyjeżdżał na staż, gdzie rozmowy były kategorycznie zabronione. Obok Emily siedzieli na krześle Ksawery Kestrel z Sashą Rodriguez. Znani byli głównie z tego, iż nigdy nie trafiali na odpowiednich partnerów, a pomimo faktu, iż każdy ich wspólny znajomy twierdził, że są dla siebie wręcz stworzeni, oni stawiali przy swoim i traktowali siebie jak zwykłych przyjaciół. Również oni zadeklarowali swoją obecność na imprezie organizowanej na tajemniczej wyspie.
Dylanowi było trochę głupio wręczać zaproszenia Hunterowi, Rory’emu oraz Michaelowi i ich dziewczynom, skoro praktycznie w ogóle ich nie znał. Spotkał ich na patio i nakrył na rzekomo ‘nielegalnym’ paleniu jointów. Ale skoro wraz z Lukiem postanowili, że na Catalinę oficjalnie zaproszą wszystkich maturzystów z liceum, oni również zasłużyli doświadczyć tego zaszczytu.
- Ej, sądzicie, że to jakiś fake? – zapytał Hunter, zaciągając się skrętem.
- A cholera wie – odparł Michael. – Ale wiesz, kiedy będziemy mieli niezłą bekę? Jakby się okazało, że to faktycznie jakaś ściema.
- Najlepiej będzie, jak się o tym przekonamy na własne oczy. Co powiecie na to, aby rozesłać te zaproszenie do reszty znajomych, i znajomych znajomych? Będzie niezły numer, jak to się okaże ściemą. Ten skejcik będzie miał przesrane.
- Ale jeśli on nie kłamie, to wtedy wyjdzie na największą szychę w okolicy – odezwała się Selene, partnerka Rory’ego.
- To wtedy będziemy na niezłej bibie. Tutaj jest napisane, że mamy mu wysłać sms z adresem, pod jaki przyjedzie po nas limuzyna. I podał nawet numer. Weźmy roześlijmy to do wszystkich, jakich mamy w znajomych na facebooku, twitterze i w kontaktach na telefonie.
- Albo lepiej, zróbmy wydarzenie na fejsie, ale widoczne tylko dla zaproszonych gości, których sami wybierzemy. To będą najwięksi imprezowicze. Tylko oni się naprawdę liczą – zaproponował Michael.
- Niby czemu nie może to być wydarzenie publiczne?
- No bo przecież nie chcemy, by wprosili się jacyś kretyni, co nie? – dodała Pauline, dziewczyna Michaela.
- Paula ma rację, Hunter – przytaknęła koleżance Skye. Jako jedyna w grupie miała blond włosy oraz błękitne oczy. – Musimy pamiętać, że nikt nie może się o tym dowiedzieć.. Napiszemy im, aby nie mówili krewnym, gdzie będzie ta impreza. Co więcej, tu jest napisane pogrubioną czcionką, aby nie przyznawać się rodzinie.
- To nie będzie problemem. Pewnie wszyscy z liceum wcisną kit starym, że wyjeżdżają na tą wycieczkę do Paryża, co miałą być za tydzień. A pewnie wybiorą tą imprezę – wtrąciła się Selene.
- No bo pewnie będzie na niej alkohol.
- Skontaktuję się w tajemnicy z siostrą Dylana, którą poznałam na obozie w tamtym roku. Jest młoda, ale ogarnięta. Jeżeli zobaczą ją na liście, to nam uwierzą – zakończyła dyskusję Skye.
Rory dopalił do końca jointa, po czym zdeptał na trawie, aby przygasł.
- Tak więc załatwione. A teraz wracajmy do środka, nie chcę dostać opieprzu na sam koniec szkoły średniej.

W środku grali aktualnie ‘Sad but true’ autorstwa Metallici. Dylan Dawson odchodził właśnie od jedynej Afroamerykanki z maturalnej klasy, Rebecci Burney, która o przyjście poprosiła Phineasa, kuzyna Eveline. W dłoni trzymał jeszcze ostatnie dwie koperty. Jedną z nich dostał Chester, z którym przybili sobie żółwika. Podchodząca do nich blondynka z zielono-żółtymi oczami po ujrzeniu koperty chwyciła Dylana za nadgarstek i zaprowadziła do rogu pomieszczenia.
- Posłuchaj, słońce. Jeżeli chcesz, to możesz pop… - zaczął.
- Nie o to mi chodzi, Dylan. Mam pewien… problem. A ty możesz mi pomóc. Potrzebuję trochę kasy – Dylan otworzył usta, by coś powiedzieć, ale dziewczyna go wyprzedziła. – Nie mam zamiaru od ciebie pożyczać. Chciałabym coś zarobić.
Dylan zamyślił się przez chwilę.
- Znasz się trochę na drinkach? Mogłabyś pracować w barze.
- Tam będzie bar?! Hmm, moja siostra była kiedyś barmanką, więc wiem co nieco. Biorę to – puściła mu oczko.
- To świetnie – spojrzał na jej piegowatą twarz błękitnymi oczami. - Przypomnij mi proszę, jak się nazywasz?
- Kitty Marshall.
- Dobra, Kicia. Jesteśmy umówieni.
Kiedy Dylan odwrócił się, ujrzał przed sobą Alexz. Było mu ciężko odczytać jej wyraz twarzy. Wydawała się jednocześnie smutna, zażenowana i znużona. Spojrzała na swojego chłopaka od stóp do głów, i rzuciła jedynie:
- Za niedługo będziemy musieli wracać na schody. Będzie oficjalna, pożegnalna część – spojrzała na kopertę z kredowego papieru. – Będę czekać na górze.
Chłopak spojrzał na zegarek i o mało co się nie załamał. większość czasu spędził na wyłapywaniu znajomych i tłumaczeniu im co i jak mają zrobić, zabrać ze sobą, z kim się kontaktować. Kompletnie nie zwracał uwagi na Alexz, ‘zostawił ją samą na lodzie’. Obiecał sobie jednak w duchu, że przez najbliższe tygodnie będzie tylko i wyłącznie jej, w ekskluzywnym hotelu na Catalinie.
Ostatnią kopertę wręczył siostrze bliźniaczce Chestera, Yelenie i pognał na schody. Yelena rozejrzała się dookoła i odwróciła oburzona.
- No nie. To jest szczyt chamstwa po prostu! Dlaczego wszyscy maturzyści zostali zaproszeni, tylko nie ty? – powiedziałą do Adriana, ściągając jasne brwi. – Skoro ty nie dostałeś tej głupiej koperty, to ja również tam nie pojadę.
- Pojedziesz, i to bez dyskusji – odparł Chester. – Nie zostawię cię na dwa tygodnie samej w domu. Pamiętasz, co się wydarzyło ostatnio? Nie chcemy chyba powtórki z rozrywki.
Yelena westchnęła i zaczęła czytać zaproszenie na imprezę.
- O fuj! Chłopcy chcą, żeby dziewczyny zabrały ze sobą TYLKO obcisłe ciuchy. Za żadne skarby świata! – kontynuowała czytanie. - Dobra, tutaj napisali, że możemy zaprosić osoby towarzyszące, o ile wcześniej je zgłosimy na niżej podany numer… To nie jest numer Dylana, co nie? – Jej brat pokręcił głową. – W takim razie biorę ciebie, Adrianie, jako swoją osobę towarzyszącą. Zgadzasz się?
Adrian nie był zachwycony na wieść o tym, że za tydzień przezyje kolejne podobne piekło, ale cóż mógł zrobić? W głębi serca pragnął towarzystwa rówieśników, a jedynie Yelena go tolerowała. W praktyce nie miał innego wyjścia.

~ ? ~

Bal maturalny zakończył się po trzeciej nad ranem. Do tego czasu Dylan Dawson zdążył zapoznać się ze studentami z kapeli i zaproponować im koncert na Catalinie, dodatkowo z pobytem na najczadowszej imprezie w historii, oczywiście ‘all inclusive’. Kiedy zbliżał się do samochodu pożyczonego od Melissy i otworzył Alexz drzwi od strony pasażera, ta bez słowa wpakowała się do środka i założyła ręce na piersiach. Patrzyła się wciąż na stojący nieopodal gigantyczny bilbord przedstawiający młodą dziewczynę ubraną w hidżab i napis:

‘Poszukiwana Dina Mizrachi. Metr siedemdziesiąt trzy, ciemne oczy, kręcone włosy, cera bez skazy. Prosimy o kontakt pod podany numer telefonu. Gwarantujemy nagrodę w postaci dosadnej sumy pieniężnej. Cena do uzgodnienia.’

„Czasami chciałabym od tak uciec od problemów, jak ta dziewczyna” pomyślała Alexz, a rudy loczek uwolnił się z fryzury upiętej przez koleżankę jej mamy.
- Posłuchaj, Alexz, ja...
- Nie chcę z tobą rozmawiać, Dylanie. Jedźmy już. 
Chłopak natomiast nie dawał za wygraną. Ujął jej dłoń w swojej, a drugą założył uwolniony kosmyk ognistych włosów za ucho ozdobione hematytem.
- Nie wyruszymy, dopóki ci czegoś nie powiem. Rozumiem, że jesteś na mnie zła, że tak mało czasu tobie dzisiaj poświęciłem. Nie cofnę tego, ale mogę ci to wynagrodzić.
- Niby kiedy? Za tydzień, jak będziemy na wycieczce w Paryżu? – Alexz prychnęła. – Szczerze to poważnie się zastanawiam nad tym, czy w ogóle tam pojadę.
- Nie pojedziesz – przekręcił jej głowę w swoją stronę i spojrzał w szmaragdowe oczy. – Bo będziesz z nami, ze mną, na  Catalinie.
Alexz wyrwała mu się z objęć. Doskonale wiedziała, że zaproszenia dla jej kolegów i koleżanek z klasy dotyczyły właśnie tej organizowanej przez Dylana imprezki.
- Ale ja nie dostałam żadnego zaproszenia.
Dylan ujął jej twarz w dłoniach i pocałował delikatnie w usta.
- Nadal tego nie rozumiesz? Moja dziewczyna nie potrzebuje zaproszenia do mnie. Zobaczysz, będzie cudownie. Tylko ty i ja będziemy mieli dostęp do najwspanialszej sypialni, gdzie będziemy spędzać całe noce.


Zaczął ją coraz namiętniej całować, aż w końcu przywarli do siebie mocniej. Alexz ponownie czuła się jak w raju. W morzu pozytywnych emocji postanowiła dać Dylanowi drugą szansę.


made by: Alina Krupa-Szpak

wtorek, 21 lipca 2015

Rozdział 1. W czepku urodzony (Los Angeles, Kalifornia, 6 czerwca 2014 r.) :

     Nikt nie byłby w stanie wyobrazić sobie, jaki szok musiał przeżyć osiemnastoletni Dylan po przeczytaniu testamentu swojego ukochanego dziadka, świętej pamięci Davida Dawsona.
        Zmarły na nieuleczalną chorobę układu nerwowego w ostatnich miesiącach swojego ziemskiego życia spisał pod presją ostatnią wolę, a następnie schował do mahoniowej szuflady w swoim prywatnym gabinecie. Nie miał problemu z wyznaczeniem spadkobiercy. Jego ukochana żona Ella zmarła przy narodzinach ich pierwszego i jedynego dziecka. David nie chciał ponownie stanąć na ślubnym kobiercu, mimo iż nie raz miał ku temu okazję. Zdecydował się sam wychowywać syna Daniela. Nie chciał popełnić błędu jego własnego ojca, przez którego jako nastolatek wylądował w sierocińcu.
       Zazwyczaj rodzice przekazują cały majątek swojemu potomstwu, jednakże tym razem było zupełnie inaczej. Daniel w wieku dwudziestu dwóch lat poznał miłość swojego życia, przeuroczą mieszczankę Elizabeth Meyer, której po niespełna dwóch miesiącach się oświadczył. Ślub zawarli na początku czerwca, a w pierwszą rocznicę narodził im się syn, Dylan. Stanowili szczęśliwą i beztroską rodzinę zamieszkującą Upper East Side, dopóki jedenastego września dwutysięcznego pierwszego roku Al-Kaida uderzyła w wieże Word Trade Center, gdzie w jednej z nich pracowała Elizabeth. Posiadała ona niezwykłą intuicję. Kiedy spojrzała za okno i zobaczyła, jak bliźniacza wieża płonie przeczuwała, że pozostały jedynie minuty do powtórki z rozrywki. Czym prędzej wybiegła z biura i błagała jednego ze strażników z tego samego piętra, żeby ją wypuścił. Ten stanowczo odmawiał zapewniając kobietę, że ma paranoję, po czym rozkazał drugiemu przytrzymać potencjalne źródło paniki i zjechał windą na sam dół. Niedługo potem drugi z uprowadzonych samolotów uderzył w budynek, w którym Elizabeth została strawiona przez ogień.
     Daniel nigdy nie pogodził się ze stratą ukochanej, która osierociła pięcioletniego syna i zaledwie kilku- miesięczną córeczkę Larissę. Z relacji świadków tragedii Daniela doszły słuchy, że jego żona wyszłaby cało, gdyby nie ciemnoskóry strażnik, który nakazał jej pozostać w miejscu pracy. Ponieważ mąż ofiary zamachu posiadał pełno znajomości w Nowym Jorku, od wiarygodnego źródła informacji otrzymał adres zamieszkania ocalałego pracownika. Niedługo po tragedii z premedytacją zamordował ciemnoskórego mężczyznę, za co otrzymał wyrok dożywotniego pozbawienia wolności, a jego rodzony ojciec, David Dawson, się go wyparł. Za zgodą sądu starzec otrzymał zgodę na opiekę nad wnuczętami, które wychował w eleganckim apartamencie w Los Angeles zgodnie z zasadami, jakie wpajali mu jego dziadkowie.
       Na kilka lat przed śmiercią mężczyzna w podeszłym wieku dowiedział się, że cierpi na nieuleczalną chorobę. Lekarze datowali mu niecałe trzy lata życia. Zrezygnowali już nawet z jakichkolwiek terapii, mieli świadomość, że nie polepszą stanu jego zdrowia, a tylko człowiek niepotrzebnie by się męczył. Dawson pogodził się z myślą, iż nadchodzi kres jego ziemskiego życia, lecz miał również świadomość, że wszystko, co osiągnął i stworzył, nie może pójść na marne. Do ostatnich chwil strzegł swojej słodkiej tajemnicy, lecz w końcu nadszedł czas, by ujrzała ona światło dzienne…
         Kiedy Dylan przeczytał ostatnią wolę swojego dziadka, o mało co nie dostał palpitacji serca. Chwilowo nie był w stanie złapać oddechu, nogi miał jak z waty, nie potrafił trzeźwo myśleć. Łzy zaczęły mu cieknąć po policzkach, nie tylko z powodu powrotu wspomnień o śmierci osoby, która była dla niego jak ojciec, ale też z niedowierzania, że jego krewny, którego część genów przetrwała w Dylanie oraz w Larissie, mógł przez tyle lat skrywać TAKI sekret! Postanowił przez pewien czas nie pokazywać tego papieru swojej siostrze, była jeszcze za młoda, nie dorosła do pewnych spraw.
         To ZDECYDOWANIE była jedna z tych spraw:

Los Angeles, 15 października 2011 roku

TESTAMENT

Ja, w pełni świadomy i trzeźwy na umyśle David James Dawson, urodzony 26 października 1947 roku w Nowym Jorku, przekazuję cały swój dorobek materialny, w tym penthouse w Los Angeles oraz na Upper East Side w Nowym Jorku, a także rezydencję wartą 50 miliardów dolarów wybudowaną na wyspie Catalina, mojemu wnukowi Dylanowi Danielowi Dawsonowi w dniu jego osiemnastych urodzin w przypadku mojej przedwczesnej śmierci. Apeluję również, by moja prywatna asystentka Melissa Redfields otrzymała prawo do adopcji moich wnuków: Dylana Daniela oraz Larissy Elizabeth Dawson za aprobatą Sądu Najwyższego.

Z poważaniem,

David James Dawson

         - Dlaczego mi to pokazujesz, Melisso? – zapytał ze smutkiem osiemnastolatek.
      - Jestem lojalna wobec mojego byłego szefa – rzekła kobieta z dobrze znanym Dylanowi perfekcjonizmem. – Zanim twój dziadek zatrudnił mnie jako swoją asystentkę przyrzekłam posłusznie wykonywać jego służbowe polecenia i…
        - No właśnie, służbowe polecenia – przerwał jej. – TO – podniósł kopertę z testamentem na wysokość jej oczu. – zdecydowanie nie była jedna z tych rzeczy, jakie miałaś obowiązek wykonać. W ogóle kto wpadł na taki popierdolony pomysł z tą adopcją? Mój dziadek? Czy może ty sama wyszłaś do niego z tą inicjatywą? Sądziłaś, że uda ci się oszukać system i podstępem zagarnąć całe jego dziedzictwo tylko i wyłącznie dla siebie…
      - Gdybym chciała, to czy nie sądzisz, że bym już dawno zostawiła ciebie i Larissę na lodzie zamiast wziąć was pod opiekę, byście wyrośli na ludzi?
        Tego Dylan nie mógł zaprzeczyć.
       - To wcale nie tłumaczy cię, dlaczego mi to pokazujesz. Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, ile bólu przynoszą mi te wspomnienia? Nie chcę wracać do penthouse’u w Beverly Hills. – od śmierci Davida Dawsona jego współdziałaczka zamieszkała w swoim skromnym mieszkaniu na obrzeżach Los Angeles wraz z chłopcem, a Larissa, która pragnęła uczęszczać do Nightingale-Bamford School w Nowym Jorku niczym autorka 'Plotkary', przebywała w internacie na drugim końcu kraju. – Nie chcę znów stąpać po tych aksamitnych dywanach, otwierać hebanowych szafek, siedzieć na arystokratyckich fotelach i codziennie rano budzić się w jedwabnej pościeli i dostrzegać za perfekcyjnie wypucowanymi szybami panoramę L.A.! Mam tego dość! – uderzył pięścią o blat stołu. – W ogóle, to jest to jakaś ściema. Dziadek nie posiadał żadnej rezydencji na jakiejś tam wyspie. Wspomniałby coś o tym.
    - To twoje zdanie – kontynuuje Melissa tym samym opanowanym, szlachetnym tonem. – Byłam bliską przyjaciółką Davida. Zanim ciężko zachorował, zawiózł mnie w jedno przepiękne miejsce. Kazał mi uwiecznić tę chwilę, na wypadek gdybyś zachował się tak, jak teraz. 'Niewierny Tomaszu'.
         Dylan prychnął, zamruczał kilka niecenzuralnych słów pod nosem i skierował się w stronę drzwi.
         - Zaczekaj! Dylan, uwierz mi, ja bym nigdy…
        Ale chłopak nie zaczekał. Czym prędzej chwycił swoją czarną deskę z ogniście czerwonym smokiem podpartą o ścianę w korytarzu i wyjechał ze skromnego mieszkania. Przejechawszy kilka przecznic znalazł się pod klatką brunatnego wieżowca. Zadzwonił pod numer dwadzieścia pięć. Czekał chwilę, wystukując rytm jednej ze swoich ulubionych piosenek. Po chwili odezwał się sympatyczny, znajomy głos.
         - Słucham?
         - To ja, stary. Wpuścisz mnie do środka?
       Kumpel wpuścił Dylana do środka. Chłopak otworzył drzwi i wtem zniknął wśród ciemnych korytarzy udając się na drugie piętro.

~ ξ ~

      Melissa przeszła kilka kroków w przestronnym salonie i zatrzymała się dopiero przed mahoniową szafką. Otworzyła szufladę, po czym wyciągnęła z niej czerwoną kamerę cyfrową, służbowy sprzęt, który zapomniała oddać kilka miesięcy wcześniej. Nie musiała obawiać się konsekwencji. Niby czego? Była następczynią imperium swojego byłego szefa, przynajmniej do czasu, aż Dylan nie ukończy studiów, a dopóki firma, którą tymczasowo zarządzała utrzymywała się na szczytach list, jej sytuacja była stabilna.
        Melissa była kobietą z charakterem oraz z nadprzeciętną inteligencją, co pozwalało jej na osiąganie sukcesów zawodowych. Agencja nieruchomości Dawson’s Industries w przeciągu kilku miesięcy wygryzła największe korporacje zachodniego globu, głównie dzięki niej. Była zadowolona ze swojego stanowiska w pracy. Do tej pory nie poniosła żadnej porażki.
        Kobieta podłączyła sprzęt do odtwarzacza i włączyła przycisk odtwarzania. Nie zdążyła zgrać tego nagrania na płytkę CD, ciągle coś wypadało, albo jakieś służbowe spotkanie, to wieczorek, na którym zjawiali się biznesmeni pracujący w branży nieruchomości. Chwilę jeszcze sterczała przed monitorem telewizora plazmowego, po czym cofnęła się kilka kroków, a następnie usiadła na wygodnym fotelu, zakładając nogę na nogę.
      Przypomniała sobie te wspaniałe chwile spędzone wraz z panem Dawsonem. Nigdy nie przyznała mu się do swoich uczuć, bała się, że ucierpi na tym jej wizerunek kompetentnej asystentki. Nie chciała zostać zwolniona. Ponadto, była świadoma tego, co ludzie mogliby sobie pomyśleć o związku sześćdziesięcioparolatka z dwudziestoośmiolatką. To byłoby niesmaczne, ba! W oczach wielu uchodziłoby nawet za zboczenie i pogwałcenie zasad moralnych.
      „Miłość nie wybiera.” tłumaczyła sobie kobieta, Owszem, David traktował Melissę trochę inaczej, niż resztę swoich podwładnych. Często dawał jej fory i podwyżki o niemałą sumę, nieraz ją faworyzował, wszak jej uczucia nie były odwzajemnione. Ufał jej, zapewne nie mniej niż członkom swej własnej rodziny, ale nie łączyło go z nią nic wykraczającego poza sferę zawodową. Co w takim razie było w niej takiego odpychającego?
        Melissa zawsze marzyła o założeniu rodziny. „Jesteś jeszcze młoda, twój czas w końcu nadejdzie , kochana.” tak lubiła mawiać jej matka, zanim Melissa się od niej nie wyprowadziła. Na te wspomnienia kobieta schowała głowę w dłoniach, a jej oczy stały się wilgotne i zaszklone. Zawsze chciała mieć własne dziecko, wychować je tak, jak sama chciałaby być.
        Nie osiągnęła tego. Jeszcze.
   Miała za to Dylana i Larissę pod opieką. Byli taką namiastką potencjalnego potomstwa. „Jeżeli moim przeznaczeniem jest pozostać do końca życia starą panną, to zrobię wszystko, by chociaż oni posmakowali szczęścia. Dlatego muszę za wszelką cenę pokazać to nagranie Dylanowi. To moja powinność.”

~ ξ ~

      - Myślę, że powinieneś z nią o tym porozmawiać – obwieścił Luke Anderson, najlepszy przyjaciel Dylana od czwartej klasy.
       - No nie wiem, stary. Całe to zajście wydaje mi się irracjonalne. Gigantyczny dom na wyspie? Przecież każdy normalny człowiek, którego członek rodziny posiada takową nieruchomość, odwiedziłby te miejsce już z jakieś – Dylan zaczął wyliczać na palcach. – No nie wiem, z pięćdziesiąt razy! Nie wierzę, żeby dziadek ukrywał przede mną coś takiego – upadł na podłogę z rozkraczonymi nogami, a ręce wsparł na kolanach.
         Luke podszedł do kumpla i poklepał go po plecach.
         - Na twoim miejscu odezwałbym się do Melissy.
     - Nie rozumiesz, Luke. Ona chce, żebym kontynuował rodzinny biznes – westchnął. – Ale ja nie wiem, czy podołam temu wyzwaniu. Mam tylko osiemnaście lat! Jestem jeszcze młody, chcę żyć pełnią życia, chodzić na imprezy i tak dalej, a nie bawić się w dorosłego…
         W tym momencie Luke wpadł na genialny pomysł.
       - Dylan, jestem geniuszem! Mówisz, że chcesz żyć jak przeciętny nastolatek, nie? Imprezy, alkohol, kupa lasek. To wszystko masz na wyciągnięcie ręki! Możesz zorganizować super-hiper-mega-najbardziej-zajebistą-z-najzajebistrzych-imprez-we-wszechświecie! To będzie „Projekt X” do kwadratu kwadratów! Tylko wyobraź to sobie: ty, ja, laski w bikini relaksujące się w jacuzzi albo wygrzewające się na słońcu na leżakach, a w nocy… A motto imprezy brzmiało by: „Pij, pal szalej, nie pytaj co dalej”!
         Dylan zamyślił się, a po chwili przyznał koledze rację skinieniem głowy.
         - Dobra, przekonałeś mnie. Wchodzę w to.
         Chłopcy przybili sobie 'plemnika' i krzyknęli jednocześnie:
         - Odlot!

~ ξ ~

      Dylan uwielbiał czuć świeżą, wieczorną bryzę we włosach. Codziennie po zachodzie słońca przejeżdżał kilka kilometrów na swojej deskorolce po ciemnych, opustoszałych ulicach. Personifikował się on z subkulturą skate’ów pod każdym aspektem. W każdy piątek po szkole wybierał się wraz z Lukiem do skateparku i tam spędzali resztę dnia na opanowywaniu coraz to nowszych i trudniejszych trików. Pragnęli oni w przyszłości dorównać wyczynom ich idola, Tony’ego Hawka.
     W oczach większości dziewczyn uchodził za przystojniaka: metr osiemdziesiąt, proste, kasztanowe włosy opadające na oczy, z tyłu sięgające niemalże końca karku. Nie było dnia, w którym nie ubrałby czarnej czapki z daszkiem, jedynej pamiątki po mamie, jaka się zachowała. Dostał ten prezent na miesiąc przed śmiercią Elizabeth, która specjalnie zakupiła mu większy rozmiar. Do niej zazwyczaj zakładał czarne rurki z lekko opuszczonym krokiem, a w zależności od humoru i zachcianek raz zarzucał na siebie kolorowe koszule w kratę, kiedy indziej markowe T-shirty z nazwami zespołów, zawsze z dopasowanymi kolorystycznie butami o grubej podeszwie.
       Przejeżdżał właśnie obok niedużych butików na przedmieściach miasta słuchając „You’re gonna go far, kid” autorstwa The Offspring, kiedy to zahaczył o kamień na chodniku i upadł jak długi na ziemię. Zdarł sobie skórę na kolanach, z dziur w dżinsach leciała krew, lecz poza tym nic poważniejszego mu nie groziło.
       Zauważył tylną cześć deski w słabym świetle ulicznej latarni, zrobił kilka kroków w jej kierunku i wtedy ktoś ukryty w cieniu za kontenerem na odpady organiczne zdążył ją chwycić i przyciągnąć do siebie.
         Dylan z impetem próbował wyrwać swoją własność – miał w końcu do tej deski wielki sentyment.
       - Puszczaj! To moje! – krzyczał używając coraz to większej siły. – Od. Da. Waj. Mi. Tą. Deskę! – szarpnął ile miał sił i ostatecznie zwyciężył nad opornym napastnikiem.
      Niestety, w wyniku działania drugiej zasady dynamiki Newtona, która uniemożliwiła utrzymanie równowagi, oraz siły wypadkowej nieznajoma osoba uderzyła twarzą o zimny beton. Długie, potargane włosy rozłożyły się na ziemi niczym wachlarz. Dylan zareagował natychmiast, klęcząc nad dziewczyną. Uniósł jej głowę i delikatnie zgarnął kołtuny do tyłu, a jego oczom ukazała się…
         - Ty jesteś… - zaczął chłopak nie dowierzając własnym oczom.
         - Pomóż mi… Proszę.- wychrypiała.
         „Ona jest wykończona. Potrzebuje mnie.” pomyślał chłopak, a po chwili rzekł:
     - Przepraszam cię, naprawdę nie chciałem ci zrobić krzywdy – założył jej kosmyk włosów za ucho. – Nie powinienem tak mocno szarpać. Chwała Bogu, że nie masz żadnych obrażeń. Powinienem najpierw zorientować się, z kim mam do czynienia. – złapał biedaczkę pod pachami, założył jej rękę na swoich ramionach, by się przytrzymała i podniósł chude ciało. – Zaprowadzę cię w miejsce, gdzie będziesz bezpieczna, niedaleko jest komisariat, a obok przytułek, będziesz mogła…
        - Nie! Puszczaj mnie! Ja nie mogę tam iść, oni mnie zabiją, ja nie chcę, puszczaj! – zaczęła wrzeszczeć, kopać i wyrywać się. – Zostaw mnie!
     Kopnęła Dylana w krocze, przez co została uwolniona z jego objęć. Próbowała uciekać, nieskutecznie. Z ledwością robiła kilka kroków potykając się o własne nogi.
       Chłopak nie mógł zostawić jej w potrzebie, nawet jeżeli mogła mieć coś z głową. Wiedział, że pomimo braku ruchu o tej porze, czyhać może na nią śmiertelne niebezpieczeństwo. Nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby coś złego się stało. Był teraz za nią odpowiedzialny.
         „Bądź mężczyzną.” powtarzał sobie w myślach.
         Sekundę później odezwał się smartfon Dylana. Był to sms od Melissy:

     Musiałam wyjechać do Kanady, sprawa służbowa. Wrócę za dwa tygodnie. Pewnie jesteś na mnie zły, rozumiem to. Proszę cię tylko o jedno: obejrzyj ostatnie nagranie na kamerze cyfrowej. Znajdziesz ją w salonie na stole. To bardzo ważne, może zupełnie odmienić twoje życie. Trzymaj się!

        „Zupełnie jakby czystym zrządzeniem Opatrzności.” pomyślał Dylan.
        Dogonił on uciekinierkę, zatrzymał, a następnie obrócił w swoją stronę. Ich oczy się spotkały.
      - Uspokój się, nie zrobię ci krzywdy – jego błękitne tęczówki wwiercały się niczym wiertarka w ścianę osłania- jącą jej duszę. – Jestem przez najbliższe dni sam w domu, prześpisz się w gościnnym, zamkniesz na klucz, gdybyś miała pewne obawy – wysłał dziewczynie swój najpiękniejszy uśmiech, po czym zaśmiał się głośno. – Luz, mam już dziewczynę. Nie masz się o co martwić. Rano pomyślimy, co zrobić dalej. Będziesz bezpieczna.
     Chłopak objął swoją rówieśniczkę, trzymając w drugiej ręce deskorolkę i żwawym krokiem skierował się pod osłoną nocy do cieplutkiego domu.

~ ξ ~

     - Tutaj jest łazienka. Odśwież się, a potem załóż te ciuchy. Powinny być w sam raz, zważywszy na twój wzrost. Jesteś dość wysoka – Dylan rzucił uciekinierce czarną, aksamitną koszulę nocną Melissy. – A tutaj masz ręczniki. Ten czerwony jest przeznaczony dla gości. Czuj się jak u siebie – odwrócił się, po czym na odchodnym dodał jeszcze.        – Jakbyś czegoś potrzebowała, to wołaj.
       - Dziękuję ci za wszystko. Zawołam, gdy będzie taka potrzeba.
      Chłopak zamknął drzwi pomieszczenia, a po chwili usłyszał dźwięk zamykającego się zamka. Powoli szedł przez hall, gdzie po drugiej stronie znajdowało się wejście do salonu, a naprzeciwko kuchnia. Po zdezynfekowaniu ran skierował się do pokoju dziennego . Zmęczony po ciężkim dniu pełnym niespodzianek upadł bezwładnie na kanapę i leżał tak dłuższą chwilę bez ruchu. Czyżby to był zwykły zbieg okoliczności? A może to przeznaczenie? Że też akurat dzisiaj musiało się wydarzyć tak wiele: najpierw te ujawnienie sekretu jego dziadka, następnie kłótnia ze swoją prawną opiekunką, a na koniec jeszcze spotkanie z tą dziewczyną, która teraz właśnie bierze odświeżającą kąpiel w wannie z hydromasażem i, co więcej, spędzi wraz z nim noc pod jednym dachem! Cała ta sytuacja wydawała mu się komiczna, a na domiar złego Melissa musiała wyjechać Bóg jeden wie po co i biedak przez najbliższe kilka dni był zdany tylko i wyłącznie na siebie! Co więcej, za osiem dni będzie miało miejsce zakończenie roku szkolnego, kiedy to zostanie on absolwentem 'Wildwood High School', prestiżowej prywatnej szkoły mieszczącej się w zachodnich częściach Los Angeles. A już jutro bal maturalny. „O kurde! Na śmierć zapomniałem, przecież miałem zadzwonić do Alexz i umówić się, o której mam się stawić pod jej domem! Cholera jasna, dlaczego wszystko zawsze musi się dziać w jednym momencie?” zastanawiał się Dylan.
       Po wykonaniu telefonu do swojej dziewczyny i dojściu do siebie po tym zakręconym dniu w końcu wziął się za obejrzenie tego durnego filmiku, który pozostawiła po sobie jego prawna opiekunka. Na stole znajdowała się czerwona kamera cyfrowa wraz z kablem USB, jakaś koperta zapełniona stosem kartek oraz gruby zapisany notes. Chłopak podłączył sprzęt i wcisnął przycisk odtwarzania. Nagranie to trwało niecałe dwadzieścia minut i było ewidentnym dowodem na to, iż cała ta akcja z rezydencją na wyspie nie była zmyślona, zwłaszcza ostatnie ujęcie:
        - Mój drogi wnuczku, jeżeli oglądasz ten film, to zdajesz sobie sprawę, że już dawno odszedłem z tego świata. Jak widzisz, za mną stoi pewien budynek. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałeś, ani ode mnie, ani od nikogo innego. Bo widzisz, jak sam dobrze wiesz, jesteś dobrze zapowiadającym się następcą 'Dawson’s Industries', najlepszej agencji nieruchomości na zachodnim globie. Nie raz pokazywałem ci wielkie dzieła mojej… naszej firmy. Sam musisz przyznać, że są one niesamowite. Każdy przedsiębiorca czy jakikolwiek inny użytkownik tychże budynków zachwyca się i podziwia je. W ciągu swojego dotychczasowego życia osiągnąłem wiele, jednakże jest jeszcze jedna rzecz. Ze względu na moją cholerną chorobę… Melisso, podaj mi proszę chusteczki – tutaj dziadek Dylana zaczął wycierać łzy spływające po policzkach. - … nie mam już sił wprowadzić na rynek swojego ostatniego, największego dzieła. Zadanie to pozostawiam Tobie, Dylanie. To, co widzisz w tle jest najbardziej ekskluzywnym budynkiem na świecie. Zbudowany z drewna dębowego trzynastopiętrowy budynek, zabezpieczony materiałem ognioodpornym, ocieplany oraz wykończony między innymi marmurem, piaskowcem oraz trawertynem, posiada na piętrach sto osiemdziesiąt pokoi, każdy z przydzieloną łazienką, garderobą, balkonem oraz antresolą. Na parterze znajduje się przestronny hol, jadalnia, trochę schowków na sprzęty, mieszkania dla pracowników oraz dużo, dużo innych niespodzianek,, których nie zdradzę przed kamerą. To wszystko pragnę ci przekazać. Moja współdziałaczka Melissa przekaże ci wszelkie potrzebne dokumenty, dane osobowe twoich przyszłych pracowników, których w każdej chwili będziesz mógł poprosić o pomoc i zwolnić. Jeżeli miałbyś ochotę zobaczyć wyposażenie wnętrza budynku, to zdjęcia znajdują się w kremowej kopercie wraz z kluczami oraz kartami chipowymi. Jeszcze jedna bardzo ważna rzecz: pamiętaj, że to ty pokażesz całemu światu moje ostatnie dzieło. Możesz z niego stworzyć hotel, pensjonat, dom letniskowy, cokolwiek sobie wymarzysz. Sądzę, że będzie to równie udana inwestycja dla ciebie, jak i dla mnie jest. Wierzę w to, że podejmiesz dobrą decyzję. Jesteś bardzo mądrym chłopakiem i w życiu osiągniesz wiele, jeżeli tylko wybierzesz dobrą drogę życia. Pamiętaj, że bardzo cię kocham, równie mocno jak twoją siostrzyczkę. Życzę wam wielu sukcesów nie tylko zawodowych., lecz także w życiu prywatnym. Nie masz nawet pojęcia jak bardzo żałuję tego, że nie dam rady pożyć z wami dłużej, już niedługo odejdę z tego świata na dobre. Pozostaną po mnie jedynie wspomnienia oraz agencja, której ty jesteś spadkobiercą. Nie schrzań tego, co ja wzniosłem. To jest moja ostatnia prośba. Kocham Was, moje wnuczki... Melisso, możesz już wyłączyć nagranie.
          Dylan osłupiał. Nie wiedział, co począć. Nigdy dotąd nie był w tak wielkim szoku. „A więc jednak to wszystko, to prawda. Kurde… ale odjazd! Luke, bracie, jesteś Bogiem, razem stworzymy coś wielkiego. Jutro na balu przekażę to wszystkim maturzystom. Będziemy w raju, już za siedem dni, tuż po zakończeniu roku. Byleby do piątku.” Chłopak wyłączył sprzęt i schował do szuflady, w której znajdowały się wszelkie dokumenty. Następnie obejrzał zdjęcia, jakie znajdowały się w środku kremowej koperty, w której ujrzał także pęk kluczy i karty chipowe do budynku wraz z dopiętą karteczką, gdzie co się otwiera. „Kurczę, czy ja śnię? Takie rzeczy przecież nie zdarzają się na co dzień. Już nigdy w życiu nie będę mógł powiedzieć, że prześladuje mnie pech. Już nigdy.” W notesie znajdowała się kupa zapisanych numerów wraz z danymi osobowymi ich właścicieli. Pomiędzy dwie strony została również wciśnięta kartka. Była na niej podana strona internetowa wraz z hasłem dostępu. Jak się potem okazało, na stronie znajdował się projekt architektoniczny budynku, każde piętro rozsysowane osobno. „Wow. Niesamowite! Jeżeli to wszystko jest snem, to ja nie chcę się z niego już nigdy wybudzić.”
         W międzyczasie z łazienki wyszła jego współlokatorka zamierzająca spać u niego w gościnnym całą noc. Była niczym nowonarodzona. W porównaniu do tego, jak wyglądała jeszcze godzinę wcześniej, teraz jej skóra była czysta, a gęste, umyte włosy opadały kaskadą na czarną koszulę nocną. W ogóle nie przypominały tych wstrętnych, rozczochranych kołtunów. Osiemnastolatek podszedł do niej i wręczył jej klucz do pokoju gościnnego.
        - Zamknij się, jeżeli odczujesz taką potrzebę – dziewczyna kiwnęła głową w podzięce. - Jutro wieczorem będę musiał wyjść w pewne miejsce, zostałabyś tutaj i popilnowała domu?
          - Oczywiście, dziękuję ci jeszcze raz. Naprawdę dobry z ciebie człowiek.
          - Dzięki. Miło jest usłyszeć słowa pochwały z ust tak ślicznej kobiety. - Dylan posłał jej piękny uśmiech. - Tak by the way, mam dla ciebie propozycję. Myślę, że ci się spodoba.


made by: Alina Krupa-Szpak

wtorek, 14 lipca 2015

Prolog ( 'Golden Nugget', Las Vegas, Nevada, 22 czerwca 1972 r. ) :

     Nawet najznamienitszy wróżbita świata nie byłby w stanie przewidzieć tego, co przydarzyło się Davidowi Dawsonowi w dniu przesilenia letniego. Któżby pomyślał, że dwudziestoparoletni mężczyzna wychowany na wzorowego obywatela Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej w biednej rodzinie, w której od niepamiętnych czasów wpajano dzieciom, iż hazard jest podatkiem od głupoty, skusiłby się na tak fascynującą, aczkolwiek wielce ryzykowną propozycję? Tylko człowiek niespełna rozumu byłby w stanie skosztować 'zakazanego owocu', mając świadomość, że z dużym prawdopodobieństwem może stracić wszystko, na co przez tyle lat ciężko pracował, stawiając wykształcenie nad własną rozrywkę i życie towarzyskie.
     Przez większość podróży do Las Vegas, Dawson zadawał sobie pytanie: „Co skłoniło mnie, by zgodzić się na tak ryzykowne posunięcie? Co jeśli stracę wszystko, na czym mi kiedykolwiek zależało? Czy moja egzystencja będzie jeszcze wtedy miała jakiś sens? Co ja z sobą pocznę?”. Za każdym razem nie otrzymywał odpowiedzi. Jego myśli wypełniała pustka, bezdenna pustka potrafiąca skruszyć nawet najtwardszego człowieka i sprawić, że jego równowaga emocjonalna ulegnie destabilizacji i zacznie on panikować, siejąc ferment w najbliższym otoczeniu.
     Owego dnia Dawson był pewien tylko jednego – że nie może się już wycofać. Nie, jeśli zaszedł już tak daleko. Nie mógł zawieźć swojej najbliższej rodziny, która tak bardzo go teraz potrzebowała. Tylko on mógł pomóc swoim krewnym. Jego rodzina straciła wszelkie kosztowności, kiedy Dawson był jeszcze małym chłopcem. Po tym, jak korporacja jego ojca zbankrutowała, zaledwie trzyletni David musiał pomagać swoim rodzicom w pracach domowych. Rodzinie ledwie starczało na wyżywienie, zapłacenie czynszu i podatków, a co gorsza doszły do tego jeszcze wydatki na leki po tym, jak matka Davida trafiła do szpitala z powodu duszności. Lekarz postawił jasną diagnozę: „Chora cierpi na gruźlicę. Jeżeli nie zacznie od razu zażywać odpowiednich leków, w każdej chwili może umrzeć”. Pan Dawson załamał się na myśl o tym, że może stracić miłość swojego życia na zawsze. W konsekwencji popadł w głęboką depresję. Przestał być zdolny do jakiegokolwiek wysiłku fizycznego, nie potrafił się skupić na najprostszych sprawach, co tylko pogorszyło ich sytuację rodzinną. Niestety mimo zasiłków, jakie otrzymali od państwa i najlepszej opieki medycznej w regionie pani Dawson odeszła. Ojciec Davida nie potrafił się pogodzić ze śmiercią ukochanej. Skutkiem tego było popadnięcie w alkoholizm i brak zainteresowania swoim jedynym synem. Wkrótce po tym państwo odebrało im mieszkanie, ojciec został wywieziony na odwyk, a kilkuletnim chłopczykiem zaopiekowali się dziadkowie, którzy wychowali go na ludzi. Niestety, gdy chłopak miał trzynaście lat zmarli śmiercią tragiczną w pożarze domu, a David trafił do szpitala. Następnie przeniesiono go do sierocińca. Podczas pobytu tam wyznaczył sobie cel, do którego chce dążyć: pragnął skończyć studia, zdobyć w miarę dobrze opłacalną pracę, założyć własną rodzinę, w której czułby się szczęśliwy i kochany oraz – co najtrudniejsze – pomóc swojemu ojcu, który obecnie był jedynym członkiem jego rodziny. Jak widać jego dzieciństwo nie było usłane różami. Odkąd był małym szkrabem zdawał sobie sprawę, że życie jest ciężkie i najważniejsze, to umieć sobie w nim poradzić i starać się robić wszystko tak, by potem tego nie żałować, a w ciężkich chwilach nie poddawać się i wykorzystywać każdą szansę, jaka się natrafi.

     David Dawson zaledwie parę miesięcy temu ukończył studia na 'New York Univercity', na które dostał się dzięki stypendium naukowym. Niestety los się do niego nie uśmiechnął, gdyż biedakowi nie udało się znaleźć pracy. Do tej pory mieszkał wraz ze swoim najlepszym przyjacielem, niezbyt zamożnym Henrym Sparxem w niewielkiej kawalerce na Brooklynie, która należała do jego kolegi. Niestety niedawno dowiedział się, że Sparx za parę tygodni sprzedaje kawalerkę, by móc kupić inne mieszkanie kilka dzielnic dalej, w którym mógłby zamieszkać i być szczęśliwy ze swoją narzeczoną. Dawson miał małą sprzeczkę z kolegą, lecz ostatecznie Sparx zaproponował mu, żeby chłopak sprawdził swoje szczęście w grach hazardowych. Z początku nie przyjmował tego do wiadomości, ponieważ od małego babcia wpajała mu, że przegrana w kasynach często prowadzi do samobójstw, których można było uniknąć, gdyby nie pycha i szaleństwo, jakie ogarnęło ludzkie umysły, jednakże później Dawson zdał sobie sprawę, że nie ma innego wyjścia. Musi zaryzykować, choćby nie wiadomo jak miało się to skończyć.
     I w ten oto sposób mężczyzna znalazł się przed drzwiami kasyna 'Golden Nugget'. Teraz pozostawało tylko pytanie: 'Czy David Dawson dokonał właściwego wyboru, czy może targnął się na śmierć?'

                                                                            ~ ξ ~

       W środku budynku panował mrok i niesamowicie wielka ekstaza. Ludzie oddychali dymem z papierosów mentolowych lub lekkich, skrętów, cygar, fajek i innych używek. Z powodu zasłoniętych okien ludzie nie mieli zielonego pojęcia, która jest godzina, ile już czasu siedzieli w tej 'Sodomie i Gomorze' zwłaszcza, że nie było tam żadnego zegarka ani przedmiotów, jakie przypominałyby im o porze dnia. Dawson doskonale wiedział, że w kasynach rozpyla się tlen, który pobudza ludzki organizm i zwiększa emocje, a co za tym idzie, także skłonność do kierowania się emocjami, a nie rachunkiem prawdopodobieństwa. Co więcej, muzyka miała specyficzne tempo, którego częstotliwość sprzyjała wchodzeniu w trans. Najważniejsze było, żeby nie dać się skusić tym wszystkich sztuczkom, przez które ludzie tracą koncentrację. Niestety tylko pojedyncze jednostki o nerwach ze stali byłyby w stanie nie dać się ponieść tym emocjom. Stoliki z wszelkimi grami – od pokera przez blackjacka, baccarat, kości, loterię i kończąc na ruletce – były zapełnione przez tysiące napalonych graczy. Rozrywki dodawał alkohol serwowany za darmo oraz skąpo ubrane kelnerki wykonujące erotomańskie ruchy wokół srebrnych stolików.
     Jedna z nich skupiła uwagę Dawsona. Emanowała niespotykanym jak dotąd dla jego oka pięknem. Szczupła kobieta poruszała się z gracją, a jej proste jak drut blond włosy opadały kaskadą na gołe plecy przy każdym kroku. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że przeciwieństwa się przyciągają. W tym przypadku miał stuprocentowa rację. Dawson zawsze preferował blondynki, być może ze względu na to, że sam był brunetem o falowanych włosach i ciemnych oczach, a swojej 'drugiej połówki' szukał w kobietach o przeciwnych dla niego fenotypach. 'Zamienił się w słup soli' wpatrując się w piękność. Nie potrafił spuścić z niej wzroku, choćby nie wiadomo jak bardzo chciał. W międzyczasie podeszła do niego - również urodziwa - ruda kelnerka proponując kieliszek tequili z talerzykiem soli i cytryny, którą nieświadomie przyjął. Bez głębszego namysłu spożył wysokoprocentowy napój alkoholowy i poprosił o więcej. Czekając na kolejny kieliszek podeszła do niego ta sama kobieta, która przechodziła wcześniej i na którą się patrzył z zachwytem, i zaczęła go delikatnie, a zarazem bardzo kusząco dotykać. Dawson omal nie zawył jak lew, tak bardzo był podniecony.
     - Wydajesz się bardzo roztargniony i skrępowany – pogłaskała go po policzku z minimalnym zarostem. – Jestem Ella. Ella Lindsey.
     - David Dawson. Yyy… nie powinnaś przypadkiem teraz pracować? – zapytał.
    - Aktualnie mam przerwę. Pewnie zdajesz sobie sprawę, że pracownicy kasyn zmieniają się bardzo często, a tak dokładnie co czterdzieści minut, i potem mają chwilę dla siebie – wtedy  mężczyzna otrzymał kolejny kieliszek tequili. – Czy miałbyś coś przeciwko, gdybym napiła się z tobą po kieliszku?
     Chłopak kiwnął głową.
     - Świetnie. Judi, nalej nam jeszcze po jednym brandy!
     I tak oto Dylan Dawson spędził swoje pierwsze piętnaście minut w Golden Nugget. Przez ten czas spożyli jeszcze po dwa kieliszki whisky, a dokładnie 'Jacka Danielsa', aż popadli w stan upojenia alkoholowego. Napój miał totalną władzę nad ich mózgami. W końcu Ella zaprowadziła Davida do pomieszczenia dla pracowników z tyłu kasyna, gdzie zamknęła ich na klucz i z impetem rzuciła swojego oblubieńca na stojącą nieopodal nich kanapę. Był to dla niego wielki szok. Dotąd nie miał powodzenia u płci przeciwnej. Kobiety preferowały raczej trzymać się z dala od kogoś takiego jak on. Tym razem było inaczej. Ella położyła się na nim i zaczęli się namiętnie całować. Ich języki plątały się niczym nici kwasu deoksyrybonukleinowego tworzące helisę w przestrzeni jamy ustnej. To pożądanie, jakie nimi kierowało było nie do zatrzymania. Więź się pogłębiała, a ich ciała coraz to bardziej napierały na siebie. Dłonie kobiety zaczęły pieścić twarz mężczyzny o jakże męskich rysach, podczas gdy on wplątał swoje w pukle jej rozświetlających świat niczym promienie słoneczne włosów. W końcu David odciągnął od siebie Ellę.
     - Czy mógłbym ci zadać pytanie?

      - Jak najbardziej.
    - Ciekawi mnie jedna rzecz: czy jest jakiś mężczyzna, który aktualnie zabiega o Twoje względy poza pracą?
        - W ostatnich dniach jesteś nim tylko Ty.
        - W takim razie muszę ci coś wyznać – zaczął bawić się jej włosami.
        - Hmmm…?
        - Jesteś moją' gwiazdką z nieba'.
      Lindsey znowu przybliżyła się do Dawsona i po raz kolejny nastąpiła cisza spowodowana serią namiętnych pocałunków i jeszcze większego pożądania, jakie nimi władało.
       - Jeśli to nie jest sen, to Ty jesteś moim Aniołem, który spadł z nieba, by na nowo wskrzesić moje zranione przez społeczeństwo serce. Powiedz mi, po co tutaj przybyłeś?
        David opowiedział jej o wszystkim, co mu się przytrafiło w życiu.
    - I właśnie dlatego zjawiłem się tutaj. Mam zaledwie kilkaset dolarów i to wszystko, co posiadam. Gra 'va bank' to moja ostatnia deska ratunku.
       - Wierzę, że ci się uda – odparła.
      - Mam taką nadzieję… Ello, jeżeli jakimś cudem szczęście by mi dopisało i wygrałbym coś tutaj to powiedz mi, czy wyjechałabyś wraz ze mną?
      - Wygraj, a będę cała Twoja – musnęła jego policzek i czule przejechała ręką po koszuli w miejscu, gdzie znajdowała się jego klatka piersiowa. – A teraz wybacz, ale muszę wracać do pracy.

                                                                           ~ ξ ~

       David wiedział, że statystycznie miał niesamowicie małe szanse na wygraną. Co gorsza, nie posiadał żadnego doświadczenia w grach hazardowych. Nigdy wcześniej nie grał w tego typu placówkach społecznych, jedyne co robił to wybierał się wraz z Henrym Sparxem, który to wręcz ubóstwiał. David nie przepadał za takimi formami rozrywki. Nie tęsknił również zbytnio za dyskotekami, ponieważ nie czuł się na nich komfortowo. Doszedł do wniosku, że jeżeli ludzie nie życzą sobie spędzania czasu w jego towarzyskie, to on nie będzie im się naprzykrzał. Wolał zająć się swoim życiem i swoimi sprawami, w których nikt nie mógł mu przeszkadzać. To była jego wolna wola, jego wybór. Jego życie. Nie bez powodu 'każdy jest kowalem swojego losu'.
     Przechodząc koło 'Jednorękich Bandytów' zauważył kolejną kelnerkę, równie atrakcyjną co ta rudowłosa, w tych samych seksownych krótkich czarnych spodenkach oraz półprzezroczystej białej koszuli z tacą cosmopolitanów, których skosztował. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę, czy nie zaryzykować i wydać kilkanaście dolarów na tą maszynę dobierającą losowe konfiguracje różnych symboli. W końcu wrzucił kilka żetonów do automatu i liczył, że wylosuje trzy identyczne znaki w jednej linii. Wylosował tylko dwa. 'Mówi się trudno.' pomyślał i skierował się w stronę stołów.
       Mężczyzna słusznie zauważył i wywnioskował, że skoro stoły z grą w kości są przepełnione, to nie ma sensu szukać cienia nadziei, że ktoś go tam przepuści, a ponieważ do numerków nigdy nie miał szczęścia (co było dla niego równoznaczne z rezygnacją z ruletki i loterii), postanowił poszukać go w kartach, w które grał często z dziadkami po powrocie ze szkoły. Dziadek nauczył go grać między innymi właśnie w pokera oraz baccarat, a z radia dowiedział się, że blackjack to kasynowa odmiana gry w oczko. Miał szczęście, ponieważ ludzie zebrani wokół jednego ze stolików właśnie kończyli kolejną partię w 'Poker Texas Hold’em'. Dawson czekał na swoją kolejkę dopijając do końca swojego napoczętego trunka, a następnie usiadł do gry.
     'Raz się żyje.' westchnął i wyrzucił kilka swoich żetonów na stół. David rozejrzał się po swoich przeciwnikach. Każdy z nich wyglądał na doświadczonego i planującego grać do oporu. Nie byli raczej zadowoleni, że muszą z nim oponować. Czuł się trochę nieswojo, być może z tego również względu, że wystawił najmniejszą liczbę żetonów ze wszystkich. Nie mógł już w pierwszej rozgrywce zaryzykować całym swoim dorobkiem. Stwierdził, że jeżeli miałby przegrać to przynajmniej nie straci wszystkiego, z czym przybył do 'Golden Nugget'.
      Pierwszy z graczy po lewej stronie od rozdającego wystawił do puli małą ciemną na sumę pięciuset dolarów. Drugi podwoił sumę przy wystawieniu dużej ciemnej. Dealer rozdał wszystkim po dwie zakryte karty. Dawson zobaczył, jakie karty przydzielił mu los. As pik oraz czwórka karo. David zastanawiał się przez chwilę, jaki podjąć krok. Rozpoczęto licytację. Wszyscy włożyli tą samą ilość pieniędzy do puli, więc na stół wyłożono flop. Światło dzienne ujrzał król trefl, walet pik oraz as karo. Kolejna licytacja i podobnie jak wcześniej wszyscy zdecydowali się na taką samą ilość pieniędzy do puli. Wyłożona została czwarta karta – dama trefl. Hazardziści zaczęli się coraz to bardziej niecierpliwić. Widownia z entuzjazmem spoglądała na rozgrywkę, a kelnerki spacerowały wokół tłumów z tacami tequili oraz brandy. Dawson rozejrzał się po sali, ale nigdzie nie widział Elli. Pewnie przeszła do innego pomieszczenia – miał świadomość, że w kasynach pracownicy nadzwyczaj często zamieniają się na stanowiskach. Pewnie pracuje obecnie przy 'Jednorękich Bandytach'. Po chwili na stół wyłożono ostatnią, wspólną dla wszystkich kartę, którą okazał się as kier. Tym razem trzech z mężczyzn spasowało, kolejnych dwóch oraz Dawson poczekało, a następny po Davidzie jako pierwszy zdecydował się na postawienie zakładu na kwotę dużej ciemnej. W puli znajdowało się już ponad trzy tysiące dolarów. Nadszedł czas na wyłożenie swoich kart. „Nie było tak źle.” stwierdził mężczyzna z trójką asów. Zajął trzecie miejsce, ale to i tak nic mu nie dało, gdyż pulę zebrał jego umięśniony przeciwnik z tatuażem na lewym ramieniu, wypalający papierosa mentolowego.
      Po wtórnym potasowaniu kart rozpoczęła się druga partia, tym razem bez trzech graczy, którzy spasowali. Przez następne pięć Dawsonowi szło całkiem dobrze, co prawda nie ugrał zbyt wiele, bo zaledwie osiemdziesiąt dolarów dzięki jednemu Fullowi i dwóm Małym Streetom, a wydał do tej pory nieco ponad sto siedemdziesiąt dolarów z pięciuset, jakie przy sobie miał. Nie przejmował się tym, nadal liczył na los szczęścia. Doszedł do wniosku, że jeżeli nie wygra nic w przeciągu najbliższych trzech partii, to rezygnuje i bierze tyle pieniędzy, ile wygra. Nie chciał za bardzo kusić losu.
     W końcu z grze pozostało już tylko czterech graczy. Kelnerki ciągle serwowały wódki wysokoprocentowe i kusiły pijanych mężczyzn do nieetycznych posunięć. Nikogo to nie dziwiło, w końcu to był Las Vegas, 'Miasto Grzechu', światowa stolica hazardu, seksu i 'drugich szans'. Nadszedł czas na kolejną rozgrywkę. Po potasowaniu kart oraz wystawieniu do puli małej i dużej ciemnej rozpoczęła się licytacja. Dawson zauważył, że hazardziści przyjęli inną taktykę niż do tej pory. Poddali się presji i rządzy pieniędzy, za wszelką cenę chcieli wygrać. Pierwszy z nich, wysoki chudzielec o platynowych włosach zagrał 'va bank', i w konsekwencji przegrał wszystko, co posiadał. Mężczyzna siedzący po jego lewej stronie wziął z niego przykład i skończył w ten sam sposób w następnej partii. Pozostali tylko mężczyzna z tatuażem oraz David. Biedakowi pozostało już tylko sto dwadzieścia dolarów. Absolutnie nie mógł teraz popełnić błędu taktycznego. Musiał 'mieć oczy dookoła głowy', postarać się wyczuć, kiedy jego oponent blefuje, a kiedy ryzykuje. Rozdano karty. David otrzymał trójkę trefl i jeszcze jedną, która wysunęła mu się z rąk. Kiedy ją podniósł zobaczył, że była to dama kier. Mężczyzna wydał w tej partii trzecią część pieniędzy, które mu pozostały. Wyłożenie flopu wykazało, że sytuacja jest tragiczna: ósemka pik, czwórka trefl i as kier. Z takich kart nie dało się ułożyć żadnej kombinacji. Dawson ciągle powtarzał sobie w głowie, że nie może się teraz poddać. Zaszedł za daleko.
     Wtedy przypomniało mu się o swoim ojcu, któremu obiecał pomóc. Niby jak miałby go wesprzeć materialnie nie mając ani jednego dolara? David nie był zbyt religijnym człowiekiem. Każdej osobie, która pytała się o jego wyznanie wiary odpowiadał, że jest deistą. 'Jeżeli Bóg naprawdę istnieje i troszczy się o ludzi, to nigdy nie pozwoli na to, by żyli w nędzy.' pomyślał i odzyskał wiarę w siebie. Zdecydował grać dalej i z osiemdziesięciu dolarów, jakie mu pozostały, do końca partii wydał siedemdziesiąt pięć. Nie dopisało mu szczęście, następnymi odkrytymi kartami były szóstka kier i król pik, co w efekcie dawało mu cień nadziei na zwycięstwo, jedynie przy 'wysokiej karcie'. Rozdający poprosił o wyłożenie kart.
      - Zastanów się dobrze, przyjacielu, czy ty przypadkiem nie pomyliłeś budynków – stwierdził mężczyzna z tatuażem i na stole położył parę królów, a następnie zagarnął pulę na swoją stronę stołu. – Lepiej powiedz, czy chcesz się poddać teraz, czy zaryzykujesz raz jeszcze, o ile wciąż masz coś na swoim koncie? – dodał z nutą szyderstwa i uśmiechnął się krzywo, ukazując przy tym jeden złoty ząb, który zalśnił w świetle żarówek jarzeniowych.
     Dawson zastanawiał się przez dłuższą chwilę nad tym, co usłyszał. Rzeczywiście, jego obecny stan majątkowy był nędzny. Nie chciał nawet szacować, jak niewielką szansę miał na zwycięstwo. Musiałby zdarzyć się cud. Po raz kolejny przeszło mu przez myśl pytanie: 'Co skłoniło mnie, by zgodzić się na tak ryzykowne posunięcie?'. Ponownie brak odpowiedzi. Rozejrzał się jeszcze raz po kasynie, a w oddali za barkiem ujrzał Ellę. 'Ta kobieta z każdą chwilą coraz to bardziej mnie intryguje.' pomyślał David i zanotował sobie w pamięci, żeby nie zapomnieć się jej zapytać po pracy, czy nie wybrałaby się z nim na kawę.
      - Gram dalej – odpowiedział po chwili ciszy i dekoncentracji.
    - Fantastycznie. Widzę w Tobie ogromny potencjał i wyczuwam, że jesteś nowicjuszem – rzekł hazardzista. – Hmmm… domyślam się, iż przyszedłeś tutaj nie bez powodu. Rozumiem, że masz pewien wyznaczony cel, na który postanowiłeś zdobyć trochę szmalu, nieprawdaż?
       Dawson przytaknął.
   - Muszę zdobyć pieniądze, by uratować mojego ojca. Jest na odwyku, a państwo nie zapewniło mu nic, odkąd zakończył terapię. Wylądował poza marginesem społecznym. Wiem, że w przeszłości mieliśmy ze sobą na pieńku, ale bez względu na wszystko jest moim ojcem i go kocham – wyznał po chwili, a po jego policzku spłynęła pojedyncza łza.
      - Hahahahaha!!! – mężczyzna wybuchnął fałszywym śmiechem. – Biedaczysko tak bardzo dba o swojego tatusia. Nigdy wcześniej nie słyszałem czegoś tak bezinteresownego w historii tego kasyna. Zazwyczaj ludzie przychodzą tutaj żeby się wzbogacić, a nie po to, by komuś pomóc… Dobrze, zagrajmy. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, ale widzę, że jesteś inny niż moi poprzedni rywale – wyciągnął spod stołu wszystkie swoje żetony, zapalił kolejnego mentolowego i rzekł. - Dokładam do puli wszystkie pieniądze, jakie kiedykolwiek wygrałem w grach hazardowych.
      Wszyscy zebrani wokół wytrzeszczyli oczy na mężczyznę. Nie wierzyli własnym zmysłom. Doskonale wiedzieli, że był on najsławniejszym i najwybitniejszym hazardzistą ostatnich dwóch dekad. Jeszcze nigdy nie przegrał sumy większej niż trzy tysiące dolarów, a kiedy dochodził do finału to nie miał sobie równych. Posiadał niesamowitą taktykę, był mistrzem w blefie, na czym zdecydowana większość ludzi dawała się 'złapać w sidła'. A jego majątek był tak niewyobrażalnie ogromny, że na myśl o wygraniu takiej sumy przy szczypcie szczęścia aż zapierało dech w piersiach.
      - Chyba nie mówi pan o… - zaczęła jedna z kobiet, która przyglądała się rozgrywce od samego początku.
      - Owszem, mówię. Jeżeli życie cię kocha, mój drogi przyjacielu, w co szczerze wątpię patrząc na twój mizerny image, to zyskasz pięćdziesiąt miliardów dolarów, ale tylko i wyłącznie pod jednym warunkiem: jeżeli ty również zagrasz 'va bank'.
       Teraz już całe kasyno zaczęło zwracać na nich uwagę. Tutejsi ludzie przerwali swoje gry, by obejrzeć na własne oczy rozgrywkę ostatnich dekad. Dawson czuł ogromną presję rozlewającą się po całym ciele. Bał się, że nie wytrzyma dłużej i za niedługo straci nad sobą kontrolę, że stres zawładnie nad nim w pełni.
        'Wygraj, a będę cała Twoja.'
         - Wchodzę w to.

                                                                           ~ ξ ~

     Wybiła godzina zero. To była jego ostatnia szansa, jego wolna wola. David Dawson zaryzykował wszystko, co miał, bezgranicznie poddał się losowi, znalazł się w tunelu niewiedzy i całkowitego braku kontroli nad swoim życiem. Czas miał pokazać, jakie było jego przeznaczenie.
       Rozdający potasował karty, po czym je rozdał. Na stole odkryto asa pik, damę karo i waleta karo. Mężczyzna z tatuażem wysyłał Davidowi nieznaczne spojrzenia, a ten z kolei starał się zachować pokerową twarz. Niedługo potem odsłonięto czwartą kartę, którą był as kier. Dawsonowi przechodziły przez głowę najgorsze myśli. Ogromne upokorzenie, wstyd, z jakim będzie musiał żyć do końca swoich dni. Co pomyślałaby jego matka, która tak kochała swojego jedynego syna? A co by sobie pomyśleli jego dziadkowie, którzy tyle serca i energii włożyli w wychowanie chłopca? Ich marzeniem było mieć wzorowego, ułożonego wnuka, o którym mogliby z dumą opowiadać w tym drugim świecie, do jakiego człowiek trafia po śmierci. A co powiedziałaby ta piękność, której wpadł w oko? Czy miała na myśli, że musi wygrać, aby go zdobyć, a może była to tylko zwyczajna motywacja do działania? W międzyczasie refleksje Davida przerwał szelmowski uśmiech, który zawidniał na twarzy jego przeciwnika na widok piątej, ostatniej wspólnej karty graczy. Był nią król karo.
      - Ostrzegałem cię, przyjacielu, abyś się dobrze zastanowił, czy chcesz dalej grać – warknął mężczyzna i rzucił z impetem swoje dwie karty – czwórkę i siódemkę karo. Widownia zaczęła wiwatować, a ci co stawiali na mężczyznę z tatuażem (czyli praktycznie wszyscy zebrani) upajali się w zachwycie. Hazardzista zaczął sięgać ręką po wszystkie żetony w puli i przesuwać po stole w swoją stronę, kiedy to David Dawson złapał go za kończynę i przemówił:
       - Być może i masz ten swój 'kolor', ale ja nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa – i rzucił na blat asa oraz damę karo.
       Audiencja w kasynie w ułamku sekundy 'zamieniła się w słupy soli' i wytrzeszczyła oczy na nowego miliardera. Nikt nie spodziewał się takiej sensacji. Do dwudziestu latach nieprzerwanego zwycięstwa legenda 'Pokera Texas Hold’em' została pokonana przez ubogiego, niedoświadczonego nowicjusza! Nikt nie miał wątpliwości, że ta wiadomość trafi następnego dnia na pierwsze strony gazet i nastąpi 'wyścig szczurów' pomiędzy prezenterami radiowymi i telewizyjnymi o wywiad z nową gwiazdą show-biznesu. Po chwili jednak wszyscy, którzy przyglądali się rozgrywce zaczęli gwizdać i gratulować Davidowi. Następnie właściciel kasyna postawił na stole czek na obiecane pięćdziesiąt miliardów dolarów, które odtrącił z konta mężczyzny z tatuażem. Po policzku Dawsona spłynęła pojedyncza łza. Była to łza szczęścia, ponieważ dopiero przed sekundą wyszedł z szoku i uświadomił sobie, co się wydarzyło. Jeszcze nigdy wcześniej nie był tak bardzo szczęśliwy. Miał ochotę wybiec z 'Golden Nugget' na ulicę i zacząć wrzeszczeć z radości. Oczywiście nie zapomniał o dobrych manierach, jakich nauczyła go babcia i podał rękę swojemu pokonanemu oponentowi, który nawet nie drgnął.
       Kiedy David chciał pogratulować mu niesamowitej walki, w której bezsprzecznie się nie poddał, ten zamiast uścisnąć jego dłoń sięgnął do kieszeni jeansów, wyciągnął rewolwer i nacisnął spust. Huk, jaki wywołała samobójcza śmierć był niewyobrażalny. Wszyscy upadli na podłogę, a kiedy atmosfera odrobinę się rozluźniła, David chwycił torbę z wygraną i czym prędzej podbiegł do baru, z którego wyjrzała Ella.
        - Chodź, wyjeżdżamy z tego 'Miasta Grzechu' na zawsze.
        - A nie możemy tego przesunąć o trzy kwadranse? Za trzy minuty mam krótką przerwę, a następnie idę na czterdzieści minut na stanowisko kelnerskie. To moje ostatnie minuty pracy przed wypłatą od szefa!
        David popatrzył czule w jej zimne błękitne tęczówki i szepnął do ucha:
        - Wychodzimy. Teraz!

                                                                           ~ ξ ~

     David Dawson i Ella Lindsey dojechali telekomunikacją miejską do hotelu 'Flamingo Hilton', gdzie zapłacił za jedną noc, po której mieli wyjechać i zamieszkać na Upper East Side. Tymczasem David otworzył drzwi do ich tymczasowego miejsca pobytu. Zdążył jedynie schować czek do bezpiecznego sejfu, który wbudowano w ścianę salonu, kiedy Ella zaciągnęła go prosto do sypialni.
    - Nie uważasz, że powinniśmy trochę odpocząć, jeżeli jutro od razu po śniadaniu wyjeżdżamy? Przed nami długa podróż – odparła z troską. – Kiedy jutro podjedziemy pod mój dom, żebym wzięła swoje klamoty, możemy spróbować odpalić mojego starego gruchota. Być może dojedziemy nim do samego Nowego Jorku!
        David pogłaskał wierzchem dłoni jej różowy policzek, po czym wyraził swoją opinię:
       - A nie lepiej ostatni raz przemęczyć się w pociągu, a potem zakupić sobie najnowszą brykę? W końcu posiadam wystarczające pieniądze na takie wydatki – pocałował ją czule w policzek. – A teraz chodźmy spać.
        Zgasił światło, a pokój ogarnęła nieprzenikniona ciemność.



made by: Alina Krupa-Szpak