wtorek, 21 lipca 2015

Rozdział 1. W czepku urodzony (Los Angeles, Kalifornia, 6 czerwca 2014 r.) :

     Nikt nie byłby w stanie wyobrazić sobie, jaki szok musiał przeżyć osiemnastoletni Dylan po przeczytaniu testamentu swojego ukochanego dziadka, świętej pamięci Davida Dawsona.
        Zmarły na nieuleczalną chorobę układu nerwowego w ostatnich miesiącach swojego ziemskiego życia spisał pod presją ostatnią wolę, a następnie schował do mahoniowej szuflady w swoim prywatnym gabinecie. Nie miał problemu z wyznaczeniem spadkobiercy. Jego ukochana żona Ella zmarła przy narodzinach ich pierwszego i jedynego dziecka. David nie chciał ponownie stanąć na ślubnym kobiercu, mimo iż nie raz miał ku temu okazję. Zdecydował się sam wychowywać syna Daniela. Nie chciał popełnić błędu jego własnego ojca, przez którego jako nastolatek wylądował w sierocińcu.
       Zazwyczaj rodzice przekazują cały majątek swojemu potomstwu, jednakże tym razem było zupełnie inaczej. Daniel w wieku dwudziestu dwóch lat poznał miłość swojego życia, przeuroczą mieszczankę Elizabeth Meyer, której po niespełna dwóch miesiącach się oświadczył. Ślub zawarli na początku czerwca, a w pierwszą rocznicę narodził im się syn, Dylan. Stanowili szczęśliwą i beztroską rodzinę zamieszkującą Upper East Side, dopóki jedenastego września dwutysięcznego pierwszego roku Al-Kaida uderzyła w wieże Word Trade Center, gdzie w jednej z nich pracowała Elizabeth. Posiadała ona niezwykłą intuicję. Kiedy spojrzała za okno i zobaczyła, jak bliźniacza wieża płonie przeczuwała, że pozostały jedynie minuty do powtórki z rozrywki. Czym prędzej wybiegła z biura i błagała jednego ze strażników z tego samego piętra, żeby ją wypuścił. Ten stanowczo odmawiał zapewniając kobietę, że ma paranoję, po czym rozkazał drugiemu przytrzymać potencjalne źródło paniki i zjechał windą na sam dół. Niedługo potem drugi z uprowadzonych samolotów uderzył w budynek, w którym Elizabeth została strawiona przez ogień.
     Daniel nigdy nie pogodził się ze stratą ukochanej, która osierociła pięcioletniego syna i zaledwie kilku- miesięczną córeczkę Larissę. Z relacji świadków tragedii Daniela doszły słuchy, że jego żona wyszłaby cało, gdyby nie ciemnoskóry strażnik, który nakazał jej pozostać w miejscu pracy. Ponieważ mąż ofiary zamachu posiadał pełno znajomości w Nowym Jorku, od wiarygodnego źródła informacji otrzymał adres zamieszkania ocalałego pracownika. Niedługo po tragedii z premedytacją zamordował ciemnoskórego mężczyznę, za co otrzymał wyrok dożywotniego pozbawienia wolności, a jego rodzony ojciec, David Dawson, się go wyparł. Za zgodą sądu starzec otrzymał zgodę na opiekę nad wnuczętami, które wychował w eleganckim apartamencie w Los Angeles zgodnie z zasadami, jakie wpajali mu jego dziadkowie.
       Na kilka lat przed śmiercią mężczyzna w podeszłym wieku dowiedział się, że cierpi na nieuleczalną chorobę. Lekarze datowali mu niecałe trzy lata życia. Zrezygnowali już nawet z jakichkolwiek terapii, mieli świadomość, że nie polepszą stanu jego zdrowia, a tylko człowiek niepotrzebnie by się męczył. Dawson pogodził się z myślą, iż nadchodzi kres jego ziemskiego życia, lecz miał również świadomość, że wszystko, co osiągnął i stworzył, nie może pójść na marne. Do ostatnich chwil strzegł swojej słodkiej tajemnicy, lecz w końcu nadszedł czas, by ujrzała ona światło dzienne…
         Kiedy Dylan przeczytał ostatnią wolę swojego dziadka, o mało co nie dostał palpitacji serca. Chwilowo nie był w stanie złapać oddechu, nogi miał jak z waty, nie potrafił trzeźwo myśleć. Łzy zaczęły mu cieknąć po policzkach, nie tylko z powodu powrotu wspomnień o śmierci osoby, która była dla niego jak ojciec, ale też z niedowierzania, że jego krewny, którego część genów przetrwała w Dylanie oraz w Larissie, mógł przez tyle lat skrywać TAKI sekret! Postanowił przez pewien czas nie pokazywać tego papieru swojej siostrze, była jeszcze za młoda, nie dorosła do pewnych spraw.
         To ZDECYDOWANIE była jedna z tych spraw:

Los Angeles, 15 października 2011 roku

TESTAMENT

Ja, w pełni świadomy i trzeźwy na umyśle David James Dawson, urodzony 26 października 1947 roku w Nowym Jorku, przekazuję cały swój dorobek materialny, w tym penthouse w Los Angeles oraz na Upper East Side w Nowym Jorku, a także rezydencję wartą 50 miliardów dolarów wybudowaną na wyspie Catalina, mojemu wnukowi Dylanowi Danielowi Dawsonowi w dniu jego osiemnastych urodzin w przypadku mojej przedwczesnej śmierci. Apeluję również, by moja prywatna asystentka Melissa Redfields otrzymała prawo do adopcji moich wnuków: Dylana Daniela oraz Larissy Elizabeth Dawson za aprobatą Sądu Najwyższego.

Z poważaniem,

David James Dawson

         - Dlaczego mi to pokazujesz, Melisso? – zapytał ze smutkiem osiemnastolatek.
      - Jestem lojalna wobec mojego byłego szefa – rzekła kobieta z dobrze znanym Dylanowi perfekcjonizmem. – Zanim twój dziadek zatrudnił mnie jako swoją asystentkę przyrzekłam posłusznie wykonywać jego służbowe polecenia i…
        - No właśnie, służbowe polecenia – przerwał jej. – TO – podniósł kopertę z testamentem na wysokość jej oczu. – zdecydowanie nie była jedna z tych rzeczy, jakie miałaś obowiązek wykonać. W ogóle kto wpadł na taki popierdolony pomysł z tą adopcją? Mój dziadek? Czy może ty sama wyszłaś do niego z tą inicjatywą? Sądziłaś, że uda ci się oszukać system i podstępem zagarnąć całe jego dziedzictwo tylko i wyłącznie dla siebie…
      - Gdybym chciała, to czy nie sądzisz, że bym już dawno zostawiła ciebie i Larissę na lodzie zamiast wziąć was pod opiekę, byście wyrośli na ludzi?
        Tego Dylan nie mógł zaprzeczyć.
       - To wcale nie tłumaczy cię, dlaczego mi to pokazujesz. Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, ile bólu przynoszą mi te wspomnienia? Nie chcę wracać do penthouse’u w Beverly Hills. – od śmierci Davida Dawsona jego współdziałaczka zamieszkała w swoim skromnym mieszkaniu na obrzeżach Los Angeles wraz z chłopcem, a Larissa, która pragnęła uczęszczać do Nightingale-Bamford School w Nowym Jorku niczym autorka 'Plotkary', przebywała w internacie na drugim końcu kraju. – Nie chcę znów stąpać po tych aksamitnych dywanach, otwierać hebanowych szafek, siedzieć na arystokratyckich fotelach i codziennie rano budzić się w jedwabnej pościeli i dostrzegać za perfekcyjnie wypucowanymi szybami panoramę L.A.! Mam tego dość! – uderzył pięścią o blat stołu. – W ogóle, to jest to jakaś ściema. Dziadek nie posiadał żadnej rezydencji na jakiejś tam wyspie. Wspomniałby coś o tym.
    - To twoje zdanie – kontynuuje Melissa tym samym opanowanym, szlachetnym tonem. – Byłam bliską przyjaciółką Davida. Zanim ciężko zachorował, zawiózł mnie w jedno przepiękne miejsce. Kazał mi uwiecznić tę chwilę, na wypadek gdybyś zachował się tak, jak teraz. 'Niewierny Tomaszu'.
         Dylan prychnął, zamruczał kilka niecenzuralnych słów pod nosem i skierował się w stronę drzwi.
         - Zaczekaj! Dylan, uwierz mi, ja bym nigdy…
        Ale chłopak nie zaczekał. Czym prędzej chwycił swoją czarną deskę z ogniście czerwonym smokiem podpartą o ścianę w korytarzu i wyjechał ze skromnego mieszkania. Przejechawszy kilka przecznic znalazł się pod klatką brunatnego wieżowca. Zadzwonił pod numer dwadzieścia pięć. Czekał chwilę, wystukując rytm jednej ze swoich ulubionych piosenek. Po chwili odezwał się sympatyczny, znajomy głos.
         - Słucham?
         - To ja, stary. Wpuścisz mnie do środka?
       Kumpel wpuścił Dylana do środka. Chłopak otworzył drzwi i wtem zniknął wśród ciemnych korytarzy udając się na drugie piętro.

~ ξ ~

      Melissa przeszła kilka kroków w przestronnym salonie i zatrzymała się dopiero przed mahoniową szafką. Otworzyła szufladę, po czym wyciągnęła z niej czerwoną kamerę cyfrową, służbowy sprzęt, który zapomniała oddać kilka miesięcy wcześniej. Nie musiała obawiać się konsekwencji. Niby czego? Była następczynią imperium swojego byłego szefa, przynajmniej do czasu, aż Dylan nie ukończy studiów, a dopóki firma, którą tymczasowo zarządzała utrzymywała się na szczytach list, jej sytuacja była stabilna.
        Melissa była kobietą z charakterem oraz z nadprzeciętną inteligencją, co pozwalało jej na osiąganie sukcesów zawodowych. Agencja nieruchomości Dawson’s Industries w przeciągu kilku miesięcy wygryzła największe korporacje zachodniego globu, głównie dzięki niej. Była zadowolona ze swojego stanowiska w pracy. Do tej pory nie poniosła żadnej porażki.
        Kobieta podłączyła sprzęt do odtwarzacza i włączyła przycisk odtwarzania. Nie zdążyła zgrać tego nagrania na płytkę CD, ciągle coś wypadało, albo jakieś służbowe spotkanie, to wieczorek, na którym zjawiali się biznesmeni pracujący w branży nieruchomości. Chwilę jeszcze sterczała przed monitorem telewizora plazmowego, po czym cofnęła się kilka kroków, a następnie usiadła na wygodnym fotelu, zakładając nogę na nogę.
      Przypomniała sobie te wspaniałe chwile spędzone wraz z panem Dawsonem. Nigdy nie przyznała mu się do swoich uczuć, bała się, że ucierpi na tym jej wizerunek kompetentnej asystentki. Nie chciała zostać zwolniona. Ponadto, była świadoma tego, co ludzie mogliby sobie pomyśleć o związku sześćdziesięcioparolatka z dwudziestoośmiolatką. To byłoby niesmaczne, ba! W oczach wielu uchodziłoby nawet za zboczenie i pogwałcenie zasad moralnych.
      „Miłość nie wybiera.” tłumaczyła sobie kobieta, Owszem, David traktował Melissę trochę inaczej, niż resztę swoich podwładnych. Często dawał jej fory i podwyżki o niemałą sumę, nieraz ją faworyzował, wszak jej uczucia nie były odwzajemnione. Ufał jej, zapewne nie mniej niż członkom swej własnej rodziny, ale nie łączyło go z nią nic wykraczającego poza sferę zawodową. Co w takim razie było w niej takiego odpychającego?
        Melissa zawsze marzyła o założeniu rodziny. „Jesteś jeszcze młoda, twój czas w końcu nadejdzie , kochana.” tak lubiła mawiać jej matka, zanim Melissa się od niej nie wyprowadziła. Na te wspomnienia kobieta schowała głowę w dłoniach, a jej oczy stały się wilgotne i zaszklone. Zawsze chciała mieć własne dziecko, wychować je tak, jak sama chciałaby być.
        Nie osiągnęła tego. Jeszcze.
   Miała za to Dylana i Larissę pod opieką. Byli taką namiastką potencjalnego potomstwa. „Jeżeli moim przeznaczeniem jest pozostać do końca życia starą panną, to zrobię wszystko, by chociaż oni posmakowali szczęścia. Dlatego muszę za wszelką cenę pokazać to nagranie Dylanowi. To moja powinność.”

~ ξ ~

      - Myślę, że powinieneś z nią o tym porozmawiać – obwieścił Luke Anderson, najlepszy przyjaciel Dylana od czwartej klasy.
       - No nie wiem, stary. Całe to zajście wydaje mi się irracjonalne. Gigantyczny dom na wyspie? Przecież każdy normalny człowiek, którego członek rodziny posiada takową nieruchomość, odwiedziłby te miejsce już z jakieś – Dylan zaczął wyliczać na palcach. – No nie wiem, z pięćdziesiąt razy! Nie wierzę, żeby dziadek ukrywał przede mną coś takiego – upadł na podłogę z rozkraczonymi nogami, a ręce wsparł na kolanach.
         Luke podszedł do kumpla i poklepał go po plecach.
         - Na twoim miejscu odezwałbym się do Melissy.
     - Nie rozumiesz, Luke. Ona chce, żebym kontynuował rodzinny biznes – westchnął. – Ale ja nie wiem, czy podołam temu wyzwaniu. Mam tylko osiemnaście lat! Jestem jeszcze młody, chcę żyć pełnią życia, chodzić na imprezy i tak dalej, a nie bawić się w dorosłego…
         W tym momencie Luke wpadł na genialny pomysł.
       - Dylan, jestem geniuszem! Mówisz, że chcesz żyć jak przeciętny nastolatek, nie? Imprezy, alkohol, kupa lasek. To wszystko masz na wyciągnięcie ręki! Możesz zorganizować super-hiper-mega-najbardziej-zajebistą-z-najzajebistrzych-imprez-we-wszechświecie! To będzie „Projekt X” do kwadratu kwadratów! Tylko wyobraź to sobie: ty, ja, laski w bikini relaksujące się w jacuzzi albo wygrzewające się na słońcu na leżakach, a w nocy… A motto imprezy brzmiało by: „Pij, pal szalej, nie pytaj co dalej”!
         Dylan zamyślił się, a po chwili przyznał koledze rację skinieniem głowy.
         - Dobra, przekonałeś mnie. Wchodzę w to.
         Chłopcy przybili sobie 'plemnika' i krzyknęli jednocześnie:
         - Odlot!

~ ξ ~

      Dylan uwielbiał czuć świeżą, wieczorną bryzę we włosach. Codziennie po zachodzie słońca przejeżdżał kilka kilometrów na swojej deskorolce po ciemnych, opustoszałych ulicach. Personifikował się on z subkulturą skate’ów pod każdym aspektem. W każdy piątek po szkole wybierał się wraz z Lukiem do skateparku i tam spędzali resztę dnia na opanowywaniu coraz to nowszych i trudniejszych trików. Pragnęli oni w przyszłości dorównać wyczynom ich idola, Tony’ego Hawka.
     W oczach większości dziewczyn uchodził za przystojniaka: metr osiemdziesiąt, proste, kasztanowe włosy opadające na oczy, z tyłu sięgające niemalże końca karku. Nie było dnia, w którym nie ubrałby czarnej czapki z daszkiem, jedynej pamiątki po mamie, jaka się zachowała. Dostał ten prezent na miesiąc przed śmiercią Elizabeth, która specjalnie zakupiła mu większy rozmiar. Do niej zazwyczaj zakładał czarne rurki z lekko opuszczonym krokiem, a w zależności od humoru i zachcianek raz zarzucał na siebie kolorowe koszule w kratę, kiedy indziej markowe T-shirty z nazwami zespołów, zawsze z dopasowanymi kolorystycznie butami o grubej podeszwie.
       Przejeżdżał właśnie obok niedużych butików na przedmieściach miasta słuchając „You’re gonna go far, kid” autorstwa The Offspring, kiedy to zahaczył o kamień na chodniku i upadł jak długi na ziemię. Zdarł sobie skórę na kolanach, z dziur w dżinsach leciała krew, lecz poza tym nic poważniejszego mu nie groziło.
       Zauważył tylną cześć deski w słabym świetle ulicznej latarni, zrobił kilka kroków w jej kierunku i wtedy ktoś ukryty w cieniu za kontenerem na odpady organiczne zdążył ją chwycić i przyciągnąć do siebie.
         Dylan z impetem próbował wyrwać swoją własność – miał w końcu do tej deski wielki sentyment.
       - Puszczaj! To moje! – krzyczał używając coraz to większej siły. – Od. Da. Waj. Mi. Tą. Deskę! – szarpnął ile miał sił i ostatecznie zwyciężył nad opornym napastnikiem.
      Niestety, w wyniku działania drugiej zasady dynamiki Newtona, która uniemożliwiła utrzymanie równowagi, oraz siły wypadkowej nieznajoma osoba uderzyła twarzą o zimny beton. Długie, potargane włosy rozłożyły się na ziemi niczym wachlarz. Dylan zareagował natychmiast, klęcząc nad dziewczyną. Uniósł jej głowę i delikatnie zgarnął kołtuny do tyłu, a jego oczom ukazała się…
         - Ty jesteś… - zaczął chłopak nie dowierzając własnym oczom.
         - Pomóż mi… Proszę.- wychrypiała.
         „Ona jest wykończona. Potrzebuje mnie.” pomyślał chłopak, a po chwili rzekł:
     - Przepraszam cię, naprawdę nie chciałem ci zrobić krzywdy – założył jej kosmyk włosów za ucho. – Nie powinienem tak mocno szarpać. Chwała Bogu, że nie masz żadnych obrażeń. Powinienem najpierw zorientować się, z kim mam do czynienia. – złapał biedaczkę pod pachami, założył jej rękę na swoich ramionach, by się przytrzymała i podniósł chude ciało. – Zaprowadzę cię w miejsce, gdzie będziesz bezpieczna, niedaleko jest komisariat, a obok przytułek, będziesz mogła…
        - Nie! Puszczaj mnie! Ja nie mogę tam iść, oni mnie zabiją, ja nie chcę, puszczaj! – zaczęła wrzeszczeć, kopać i wyrywać się. – Zostaw mnie!
     Kopnęła Dylana w krocze, przez co została uwolniona z jego objęć. Próbowała uciekać, nieskutecznie. Z ledwością robiła kilka kroków potykając się o własne nogi.
       Chłopak nie mógł zostawić jej w potrzebie, nawet jeżeli mogła mieć coś z głową. Wiedział, że pomimo braku ruchu o tej porze, czyhać może na nią śmiertelne niebezpieczeństwo. Nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby coś złego się stało. Był teraz za nią odpowiedzialny.
         „Bądź mężczyzną.” powtarzał sobie w myślach.
         Sekundę później odezwał się smartfon Dylana. Był to sms od Melissy:

     Musiałam wyjechać do Kanady, sprawa służbowa. Wrócę za dwa tygodnie. Pewnie jesteś na mnie zły, rozumiem to. Proszę cię tylko o jedno: obejrzyj ostatnie nagranie na kamerze cyfrowej. Znajdziesz ją w salonie na stole. To bardzo ważne, może zupełnie odmienić twoje życie. Trzymaj się!

        „Zupełnie jakby czystym zrządzeniem Opatrzności.” pomyślał Dylan.
        Dogonił on uciekinierkę, zatrzymał, a następnie obrócił w swoją stronę. Ich oczy się spotkały.
      - Uspokój się, nie zrobię ci krzywdy – jego błękitne tęczówki wwiercały się niczym wiertarka w ścianę osłania- jącą jej duszę. – Jestem przez najbliższe dni sam w domu, prześpisz się w gościnnym, zamkniesz na klucz, gdybyś miała pewne obawy – wysłał dziewczynie swój najpiękniejszy uśmiech, po czym zaśmiał się głośno. – Luz, mam już dziewczynę. Nie masz się o co martwić. Rano pomyślimy, co zrobić dalej. Będziesz bezpieczna.
     Chłopak objął swoją rówieśniczkę, trzymając w drugiej ręce deskorolkę i żwawym krokiem skierował się pod osłoną nocy do cieplutkiego domu.

~ ξ ~

     - Tutaj jest łazienka. Odśwież się, a potem załóż te ciuchy. Powinny być w sam raz, zważywszy na twój wzrost. Jesteś dość wysoka – Dylan rzucił uciekinierce czarną, aksamitną koszulę nocną Melissy. – A tutaj masz ręczniki. Ten czerwony jest przeznaczony dla gości. Czuj się jak u siebie – odwrócił się, po czym na odchodnym dodał jeszcze.        – Jakbyś czegoś potrzebowała, to wołaj.
       - Dziękuję ci za wszystko. Zawołam, gdy będzie taka potrzeba.
      Chłopak zamknął drzwi pomieszczenia, a po chwili usłyszał dźwięk zamykającego się zamka. Powoli szedł przez hall, gdzie po drugiej stronie znajdowało się wejście do salonu, a naprzeciwko kuchnia. Po zdezynfekowaniu ran skierował się do pokoju dziennego . Zmęczony po ciężkim dniu pełnym niespodzianek upadł bezwładnie na kanapę i leżał tak dłuższą chwilę bez ruchu. Czyżby to był zwykły zbieg okoliczności? A może to przeznaczenie? Że też akurat dzisiaj musiało się wydarzyć tak wiele: najpierw te ujawnienie sekretu jego dziadka, następnie kłótnia ze swoją prawną opiekunką, a na koniec jeszcze spotkanie z tą dziewczyną, która teraz właśnie bierze odświeżającą kąpiel w wannie z hydromasażem i, co więcej, spędzi wraz z nim noc pod jednym dachem! Cała ta sytuacja wydawała mu się komiczna, a na domiar złego Melissa musiała wyjechać Bóg jeden wie po co i biedak przez najbliższe kilka dni był zdany tylko i wyłącznie na siebie! Co więcej, za osiem dni będzie miało miejsce zakończenie roku szkolnego, kiedy to zostanie on absolwentem 'Wildwood High School', prestiżowej prywatnej szkoły mieszczącej się w zachodnich częściach Los Angeles. A już jutro bal maturalny. „O kurde! Na śmierć zapomniałem, przecież miałem zadzwonić do Alexz i umówić się, o której mam się stawić pod jej domem! Cholera jasna, dlaczego wszystko zawsze musi się dziać w jednym momencie?” zastanawiał się Dylan.
       Po wykonaniu telefonu do swojej dziewczyny i dojściu do siebie po tym zakręconym dniu w końcu wziął się za obejrzenie tego durnego filmiku, który pozostawiła po sobie jego prawna opiekunka. Na stole znajdowała się czerwona kamera cyfrowa wraz z kablem USB, jakaś koperta zapełniona stosem kartek oraz gruby zapisany notes. Chłopak podłączył sprzęt i wcisnął przycisk odtwarzania. Nagranie to trwało niecałe dwadzieścia minut i było ewidentnym dowodem na to, iż cała ta akcja z rezydencją na wyspie nie była zmyślona, zwłaszcza ostatnie ujęcie:
        - Mój drogi wnuczku, jeżeli oglądasz ten film, to zdajesz sobie sprawę, że już dawno odszedłem z tego świata. Jak widzisz, za mną stoi pewien budynek. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałeś, ani ode mnie, ani od nikogo innego. Bo widzisz, jak sam dobrze wiesz, jesteś dobrze zapowiadającym się następcą 'Dawson’s Industries', najlepszej agencji nieruchomości na zachodnim globie. Nie raz pokazywałem ci wielkie dzieła mojej… naszej firmy. Sam musisz przyznać, że są one niesamowite. Każdy przedsiębiorca czy jakikolwiek inny użytkownik tychże budynków zachwyca się i podziwia je. W ciągu swojego dotychczasowego życia osiągnąłem wiele, jednakże jest jeszcze jedna rzecz. Ze względu na moją cholerną chorobę… Melisso, podaj mi proszę chusteczki – tutaj dziadek Dylana zaczął wycierać łzy spływające po policzkach. - … nie mam już sił wprowadzić na rynek swojego ostatniego, największego dzieła. Zadanie to pozostawiam Tobie, Dylanie. To, co widzisz w tle jest najbardziej ekskluzywnym budynkiem na świecie. Zbudowany z drewna dębowego trzynastopiętrowy budynek, zabezpieczony materiałem ognioodpornym, ocieplany oraz wykończony między innymi marmurem, piaskowcem oraz trawertynem, posiada na piętrach sto osiemdziesiąt pokoi, każdy z przydzieloną łazienką, garderobą, balkonem oraz antresolą. Na parterze znajduje się przestronny hol, jadalnia, trochę schowków na sprzęty, mieszkania dla pracowników oraz dużo, dużo innych niespodzianek,, których nie zdradzę przed kamerą. To wszystko pragnę ci przekazać. Moja współdziałaczka Melissa przekaże ci wszelkie potrzebne dokumenty, dane osobowe twoich przyszłych pracowników, których w każdej chwili będziesz mógł poprosić o pomoc i zwolnić. Jeżeli miałbyś ochotę zobaczyć wyposażenie wnętrza budynku, to zdjęcia znajdują się w kremowej kopercie wraz z kluczami oraz kartami chipowymi. Jeszcze jedna bardzo ważna rzecz: pamiętaj, że to ty pokażesz całemu światu moje ostatnie dzieło. Możesz z niego stworzyć hotel, pensjonat, dom letniskowy, cokolwiek sobie wymarzysz. Sądzę, że będzie to równie udana inwestycja dla ciebie, jak i dla mnie jest. Wierzę w to, że podejmiesz dobrą decyzję. Jesteś bardzo mądrym chłopakiem i w życiu osiągniesz wiele, jeżeli tylko wybierzesz dobrą drogę życia. Pamiętaj, że bardzo cię kocham, równie mocno jak twoją siostrzyczkę. Życzę wam wielu sukcesów nie tylko zawodowych., lecz także w życiu prywatnym. Nie masz nawet pojęcia jak bardzo żałuję tego, że nie dam rady pożyć z wami dłużej, już niedługo odejdę z tego świata na dobre. Pozostaną po mnie jedynie wspomnienia oraz agencja, której ty jesteś spadkobiercą. Nie schrzań tego, co ja wzniosłem. To jest moja ostatnia prośba. Kocham Was, moje wnuczki... Melisso, możesz już wyłączyć nagranie.
          Dylan osłupiał. Nie wiedział, co począć. Nigdy dotąd nie był w tak wielkim szoku. „A więc jednak to wszystko, to prawda. Kurde… ale odjazd! Luke, bracie, jesteś Bogiem, razem stworzymy coś wielkiego. Jutro na balu przekażę to wszystkim maturzystom. Będziemy w raju, już za siedem dni, tuż po zakończeniu roku. Byleby do piątku.” Chłopak wyłączył sprzęt i schował do szuflady, w której znajdowały się wszelkie dokumenty. Następnie obejrzał zdjęcia, jakie znajdowały się w środku kremowej koperty, w której ujrzał także pęk kluczy i karty chipowe do budynku wraz z dopiętą karteczką, gdzie co się otwiera. „Kurczę, czy ja śnię? Takie rzeczy przecież nie zdarzają się na co dzień. Już nigdy w życiu nie będę mógł powiedzieć, że prześladuje mnie pech. Już nigdy.” W notesie znajdowała się kupa zapisanych numerów wraz z danymi osobowymi ich właścicieli. Pomiędzy dwie strony została również wciśnięta kartka. Była na niej podana strona internetowa wraz z hasłem dostępu. Jak się potem okazało, na stronie znajdował się projekt architektoniczny budynku, każde piętro rozsysowane osobno. „Wow. Niesamowite! Jeżeli to wszystko jest snem, to ja nie chcę się z niego już nigdy wybudzić.”
         W międzyczasie z łazienki wyszła jego współlokatorka zamierzająca spać u niego w gościnnym całą noc. Była niczym nowonarodzona. W porównaniu do tego, jak wyglądała jeszcze godzinę wcześniej, teraz jej skóra była czysta, a gęste, umyte włosy opadały kaskadą na czarną koszulę nocną. W ogóle nie przypominały tych wstrętnych, rozczochranych kołtunów. Osiemnastolatek podszedł do niej i wręczył jej klucz do pokoju gościnnego.
        - Zamknij się, jeżeli odczujesz taką potrzebę – dziewczyna kiwnęła głową w podzięce. - Jutro wieczorem będę musiał wyjść w pewne miejsce, zostałabyś tutaj i popilnowała domu?
          - Oczywiście, dziękuję ci jeszcze raz. Naprawdę dobry z ciebie człowiek.
          - Dzięki. Miło jest usłyszeć słowa pochwały z ust tak ślicznej kobiety. - Dylan posłał jej piękny uśmiech. - Tak by the way, mam dla ciebie propozycję. Myślę, że ci się spodoba.


made by: Alina Krupa-Szpak

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz